Będę wszystkim...czym chcesz Kocim prążkiem na Twym kocu. Długim włosem puszystego futra. Szeptem na kolanach Twych mruczenia. Chciałabym być… Ciepłym kłębkiem wełny swetra. Na Tobie… aby poczuć każdy milimetr, Twojego ciała abyś popijał mnie W postaci gorącej czekolady. W długie wieczory zimowe. Nosił mnie na głowie dumnie. Jak koronę gdybym tylko była czapką. Mogłabym być np…. Grubym warkoczem co w mróz Rękom Twoim posłuży za mufkę. Kiedy rękawic przy sobie nie masz. Chcę być... kotem, którego lubiąc, Tulisz w Swe ramiona po powrocie Do domu...
     THOMASOWI ANDERSOWI - FANKA
     Kontakt
     Księga gości
     BLOGI LITERACKIE
     LINKI
     FELIETON pt: OLIVIA
     Ze wspomnień... pt: DZIADEK JANEK
     W ZACISZU INTYMNOŚCI
     TROPEM ŻYCIA
     POEZJA SERCEM PISANA
     Z LITERATURĄ NA TY
     PODWÓJNE OBLICZE PRZYJAŹNI
     CIENIE WOLONTARITU
     SASZA
     ŚLADAMI ŻYCIA I UCZUĆ…
     POMIĘDZY SNEM A RZYCZYWISTOŚCIĄ
     Miłość wszystko przezwycięży
     BUSKO-ZDRÓJ
     POEZJA JEST POKARMEM DLA DUSZY
     ROZMAITOŚCI
     LANDRYNKA 1
     LANDRYNKA 2
     LANDRYNKA 3
     LANDRYNKA 4
     LANDRYNKA 5
     LANDRYNKA 6
     LANDRYNKA 7
     LANDRYNKA 8
     LANDRYNKA 9
     LANDRYNKA 10
     LANDRYNKA 11
     LANDRYNKA 12
     MICHAEL'OWI JACKSON'OWI
     Proroczy sen
     ROMANTICA - NIECHCIANE SERCE
     KOPCIUSZEK I TRĘDOWATA
     PROZA ŻYCIA 3
     PROZA ŻYCIA 1
     SPONTANICZNIE W CHWILI NATCHNIENIA
     WE WNĘTRZU UKRYTE
     MÓJ PRZELOM
     PROZA ŻYCIA 4
     PROZA ŻYCIA 5
     PROZA ŻYCIA 6
     PROZA ŻYCIA 7
     PROZA ŻYCIA 8
     PROZA ŻYCIA 9
     PROZA ŻYCIA 10
     PROZA ŻYCIA 11
     PROZA ŻYCIA 12
     PROZA ŻYCIA 13
     PROZA ŻYCIA 14



BARWY UCZUĆ - BUSKO-ZDRÓJ


Pamiętam jak przez mgłę swój pierwszy wyjazd do sanatorium do Busko-Zdroju. Połowa lat 70-tych. To był mój pierwszy pobyt z dala od domu rodzinnego i rodziców. Nie zdawałam sobie sprawy z bardzo wielu rzeczy. Czym np. jest długa rozłąka i tęsknota za bliskimi. Miałam zaledwie 2,5 roku. Jadąc z   rodzicami ogromnie cieszyłam się na samą myśl, że spotkam tam dużo dzieci i będę miała się z kim pobawić. Nie mogłam doczekać się jak ktoś mnie zaniesie na salę, w której jest mnóstwo kolorowych zabawek i słychać gwar dziecięcych buź, okrzyki radości bądź rozkoszny śmiech, wielkie złości małych szkrabów. Jako malej dziewczynce bez rodzeństwa wydawało się to propozycją nie do odrzucenia! Zupełnie inaczej wyobrażałam sobie sanatorium. W nowym środowisku i otoczeniu szybko zapomniałam o tym, że rodzice zostawili mnie na pół roku odjeżdżając do domu. Fakt, faktem było, że zawsze ktoś mnie codziennie odwiedzał, ale to nie było to samo. Po niedługim czasie odczułam, że jest inaczej niż sobie to wyobrażałam. Starsze i silniejsze ode mnie dzieci odbierały mi zabawki. Niejednokrotnie natknęłam się na fula pogłaśnianie radio. Kiedy ja lub inne maluchy płakały. W takich chwilach nikt nie pojawiał się nigdy z dorosłych, żeby sprawdzić co się dzieje…wziąć na ręce przytulić. Im bardziej marudziły dzieci tym dłużej i głośniej personel puszczał muzykę w sanatorium. Przeboje Anny Jantar, Ireny Jarockiej czy zespołu George Baker Selection z adaptera. Trafiła się na naszej sali bardzo brzydka pielęgniarka dyżurna. Nie dość, że była paskudna to jeszcze wredna! Potajemnie dzieci nazywały ją „ wredną małpą”. Nie tylko ja byłam jej ofiarą przemocy, ale i inne małe dzieci. Biła nas czym popadnie pasem, kablem, głodziła obierając jedzenie. Wiecznie wściekła na wszystkich i na cały świat ją otaczający! Nikt jej nie znosił z maluchów i każde z nich panicznie się jej bało. Przez nią pojawił się w mojej psychice trwały uraz na widok białych kitli. Śniła mi się nocami. Na wskutek czego często zrywałam się zlana potem i wołałam ratunku! Zaraz po przebudzeniu płacząc, lękałam się spać. Nie wiedziałam czy ona mi się śniła, czy naprawdę była w pokoju?! Najbardziej nie odpowiadało mi to, że wszystkie dzieci bez względu na to ile miały lat dziewczynki i chłopców pielęgniarki nas sadzały przy sobie razem publicznie na nocnikach do załatwiania potrzeb fizjologicznych. Byłam dzieckiem bardzo wstydliwym i trudno było mi się np. wysikać do nocnika, widząc wokół tłum gapiów. Zdarzało się często, że jak nie zdążyłam wypróżnić pęcherza to później zmoczyłam majtki. Zanim sobie uświadomiłam, że rodziców już nie ma przez bardzo długi czas nie mogłam przestać płakać. Dwie pielęgniarki windą zabrały mnie nie wiadomo dokąd a ja łkając krzyczałam ile tchu- chcę do mamy!!! Później umieszczono mnie w jednym z wielu łóżeczek i pozostawiono samej sobie. Nie chciałam jeść ani pić. Zwykle z natury byłam bardzo ambitna wstydziłam się brać od obcych osób cokolwiek jedzenie, słodycze. Wcześniej poza domem przenigdy nie jadałam jeżeli już to po powrocie do domu. Pielęgniarki wcale się tym nie przejmowały dlaczego odmawiałam przyjmowania posiłków. Mleczna zupa stała dotąd w talerzu aż wystygła. Po czym pielęgniarka przychodziła i zabierała talerz z zupą z powrotem. Oj nie było już jak u mamy w domu! Każda noc wydawała się straszniejsza, bo jak coś się złego przyśniło nikt nie przyszedł do łóżeczka, nie pocieszył i nie uspokoił. Umyślnie i dla draki starsza dzieciarnia na chodzie przebierała się w białe prześcieradła za duchy albo jakieś żywe ptactwo( np. wrony) przynosiła do pokoju, w którym przebywałam z najmłodszymi dziećmi. Wystraszając mnie podczas snu. Najgorsze jednak było jeszcze przede mną. Operacja nóg, ponieważ usiłując przy czymś chodzić stawałam na paluszkach i zaplatałam nóżkę o nóżkę. Rodzice przywieźli mnie do sanatorium z nową garderobą prosto ze sklepu. Mama własnoręcznie wyszyła mi nićmi moje imię i nazwisko na każdej bieliźnie osobistej i tej do spania jak i ubrankach do noszenia w dzień by nie pomylić moich  z cudzymi, ale ja pamiętam jedynie siebie w granatowym, brudnym i podziurawionym dresie. Wiecznie pod szyją mokrą bluzą od mycia buzi i rączek w zimnej wodzie pod kranem jak już mama wjeżdżała windą na górę i później czekała na mnie zwykle z łakociami. Słodyczami i owocami mogłam się tak długo nacieszyć jak długo byłam na kolanach u mamy czy u taty. Ewentualnie na kolanach u dziadka. Kończyła się wizyta to i mnie prosto z kolan zabierano do windy. A to co dostałam jak nie pielęgniarka mi odebrała to inne starsze, silniejsze i sprawniejsze dzieci   bijąc, odbierały i wyjadały.  Z biegiem czasu wycwaniłam się i nauczyłam się sama, bo to co mi dawała mama czy dziadek chowałam za pazuchę. Niestety nie wszystko dało się bezpiecznie schować. Herbatniki i miętusy owszem, ale batonik czy czekolada lubiła się rozpuścić za pazuchą później całą wymazaną wsadzano mnie pod zimny prysznic i ryżową szczotką szorowano za karę. Mama z dziadkiem szybko zorientowali się jak jest naprawdę, ale nic nie mogli temu zaradzić. Do sanatorium w Busku-Zdroju ciężko było o miejsce dla dziecka, ponieważ rodzice musieli być zapisani do Partii albo musieli być zamożni. Moi nie byli ani zapisani do Partii ani zamożni ( pomimo 9 hektarów gospodarstwa rolnego), jak na tamte czasy. Cudem udało się ojcu sprzedać pięknego ogra i dzięki temu zapewnić mi miejsce w sanatorium. Czas upływał do operacji nieubłagalnie. Z tamtego okresu pamiętam niewiele jak bym była ogłupiała . Spać nie mogłam pod narkozą, bo słyszałam oddalone rozmowy lekarzy. Próbowałam zaglądać za biały parawan prześcieradła. Bolało, nie rozumiałam dlaczego?... Kiedy ocknęłam się na sali (izolatce) zobaczyłam, że jestem od dołu do pasa w gipsie usztywniona. Wisiałam właściwie w powietrzu nad łóżeczkiem. Ręce i nogi  w rozkroku u góry poprzywiązywane do jakiś pasów. Dziwnie czułam się tak usztywniona w jednej i tej samej pozycji z otworem w kroku do załatwiania potrzeb fizjologicznych . Nieustający ból pod gipsem był nie do zniesienia! Pić bez przerwy pić mi się chciało, ale nie wolno mi było napić się. Wołałam, prosiłam o łyk wody, ale nie zawsze pielęgniarka przychodziła do mnie zwilżyć mi popękane wargi od gorączki . Najgorzej było nocą na dyżurach. Kiedy dochodził gwar rozmów i śmiech krzątających się lekarzy i pielęgniarek. Kiedy znów przeniesiono mnie do innej sali z dziećmi i odłączono mi kroplówkę ucieszyłam się, że będę mogła jeść, ale zbyt wcześnie była moja radość uzasadniona. Nadal wisiałam w powietrzu z uniesionymi rączkami i nóżkami do góry. W żaden sposób nijak nie mogłam samodzielnie najeść się do syta ,napić. Pielęgniarka przynosiła pełny talerz, ale chcąc szybko nakarmić  parzyła mnie gorącym jadłem lub sztućcami. Jak odsuwałam buzię odwracając usta odstawiała talerz na stoliku i wychodziła z sali. Gdy posiłek wystygł przychodziła inna pielęgniarka i zabierała talerz nie pytając ,nawet czy zjadłam cokolwiek? Codziennie wraz z innymi dziećmi robiono mi bardzo bolesne zastrzyki w pośladek. Dużo maluchów krzywiło twarz z bólu płacząc. Inne usiłowały się wyrwać lekarce czy pielęgniarce. Natomiast ja zwykle zaciskam zęby i poddawałam się bez sprzeciwu byleby mieć ten zastrzyk już za sobą. Nie wiedziałam i nie rozumiałam po co wstrzykują te zastrzyki domięśniowe mi i innym dzieciom? Po dłuższym byciu w gipsie zaczęłam odczuwać okropny świąd pod gipsem. Skarżyłam się na to, że mnie swędzi pod gipsem jak i głowa, ale raczej bagatelizowano to co mówiłam. Wmówiono mi, że tak musi być swędzi czyli się wszystko goi. A z tym świądem głowy ot po prostu uroiłam sobie. Mało chwil raczej zachowało mi się w pamięci tych dobrych. Pamiętam pewnego chłopca nieco starszego ode mnie. Miał 3-4 lat. Jego nikt nie odwiedzał. Był porzuconym dzieckiem przez własnych rodziców. Podobnie jak ja miał w gipsie obie nogi tylko, że od dołu aż poniżej kolan i dużą głowę. Pomiędzy jedną dolną kończyną a drugą zagipsowaną była taka ramka chyba tez z gipsu. O tyle lepiej było w jego przypadku, że poruszał się samodzielnie skacząc lekko. Bardzo lubił często do mnie przychodzić i bawić się. W tym samym czasie w sanatorium w Busko- Zdroju przebywał naszych sąsiadów syn. Miał na imię Bogdan i jego schorzenie nazywało się Heidi Medina. Z początku rodzice byli przekonani, że (starszy nie wiem o ile lat) chłopak ode mnie i sprawniejszy zawsze stanie w mojej obronie i przemyci mi cokolwiek z ciastek czy cukierków od rodziców, choć był na innym piętrze i wśród starszych dzieciaków. Mama przekazywała jego matce dla mnie zawsze co mogła albo jemu jak była sama w Busku Zdroju. Dzieliła się wszystkim z nim co było przeznaczone dla mnie, ale Bogdan okazał się wobec mnie cwany i obłudny! Zżerał swoje, moje a kiedy mnie odwiedzał zawsze na pytanie –co masz dla mnie od mamy? Opowiadał nie mam nic, bo od ciebie  z domu nie było nikogo! Jak mamie to powtórzyłam odrzekła, że on kłamie i wszystko zjada. Od tamtej chwili wolała dzielić się tym co było dla mnie do zjedzenia z tym chłopcem w gipsie. Był bardzo grzeczny i do moich rodziców mówił mamo, tato. Pamiętam jak ich bardzo prosił weźcie mnie z sobą, będę waszym sykiem i Gosi braciszkiem.  Ja również bardzo chciałam żeby Krzyś wrócił wkrótce ze mną i rodzicami do domu. Był inny zawsze mi przynosił co tylko nawinęło się jemu w rączki. Miał tak dobre serduszko, że nawet i swoje mi oddawał bez zastanowienia jak widział, że jestem bardzo głodna. W sanatorium Busko-Zdroju było dużo dzieci niechcianych i niekochanych (najwięcej tych w łóżeczkach dopiero co urodzonych), przez biologicznych rodziców. Wieść o ciężkim inwalidztwie, schorzeniu przerażała ich na samą myśl rzeczywistość ,codzienne życie z ich ułomnościami. Każdy dorosły, obcy człowiek kto do sanatorium wchodził był mamą i tatą, bo maluchy rzucały się im na szyję ciesząc się jakby to oni do nich przyjechali. Do pielęgniarek i lekarzy zwracały się -ciocia, wujek. Była też druga osoba, którą bardzo miło wspominam. Młodziutka lekarka pani Ela. Niestety bardzo rzadko miała dyżur na naszej sali. Uwielbiała dzieci. Szczególną uwagę przykuwały jej te najmłodsze, bezradne i bezbronne, które cichutko siedziały i kołysały się. Zawsze pojawiała się niespodziewanie u nas jak anioł. Cały ten widok z dziećmi cierpiącymi na „chorobę sierocą” nie przypominał wcale sanatorium, a raczej sierociniec. Pierwszy raz zastała mnie przyciskającą mocno do siebie w granatowej sukience lalkę od taty o kręconych, jasnych blond włosach, którą jak się przechyliło raz na brzuch i na plecy. Lalka wołała –„mama”. Płakałam, bo popsuto mi ją wyrywając w środku mechanizm odpowiadający za jej mowę. Dzieci mi ją zniszczyły , ponieważ szarpałam się o nią z nimi. Cudzymi zabawkami miałam zabronione się bawić musiałam zadowolić się tą jedną, jedyną lalką. Przechodząc obok doktorka przystanęła przez chwilę zbliżyła powoli rękę do mojej lali. Podniosła, obejrzała coś tam się odezwało przerywając mam…aaa i oddala mi ją biorąc mnie na ręce. Poniosła mnie przed siebie do swojego gabinetu. Trzymając się pani Eli za szyję jedną rączką, a w drugiej lalkę ściskając powtarzałam roniąc łzy – chcę być duża! Chcę być duża! To było moim największym pragnieniem w wieku niespełna 3 lat. WRESZCIE DOROSNĄĆ! Żeby nikt nie wyżywał się nade mną i nie krzywdził mnie. Pani Ela bardzo wiele czasu mi poświęcała codziennie rozmawiając ze mną, przytulając i głaszcząc. Podczas swoich dyżurów zawsze kiedy zauważyła przemoc ze strony pielęgniarek czy fizykoterapeutów wobec małych podopiecznych bezzwłocznie reagowała każąc naganą. Po jakimś czasie (kiedy już nie musiałam wisieć przywiązana pasami w rozkroku nad łóżeczkiem), podczas spotkania z mamą świąd już tak mi dokuczył upierdliwie, że trudno było mi spokojnie usiedzieć u niej na kolanach. Jakby tego było mało w okolicach krocza i pachwin były na moim ciele same rany i odparzenia po moczu. Moja matka zaczęła powoli i delikatnie przeglądać mnie. Spod gipsu wyłaziło dziwne  robactwo. Zajrzała mi do włosów a tam… osłupiała! Roiło się od gnid i wszawicy. –No nie tego już za wiele! Krzyknęła. Energicznie niosąc mnie na rękach mijała pielęgniarki i pytała –gdzie jest pan ordynator?! Wbiegła niemal, że ze mną do gabinetu ordynatora bez pukania. Siedział przy biurku i rozmawiał przez telefon. – Chwileczkę proszę poczekać za drzwiami! Na co mama usiadła naprzeciwko na drugim fotelu i odrzekła to ja poczekam tutaj! Mężczyzna odłożył pośpiesznie słuchawkę na widełki. –Słucham! Co się stało?! – Żądam, by natychmiast mojej córce zdjęto ten gips i ostrzyżono ją do łysa! Proszę popatrzeć jak u was dba się o pacjentów! Wstała z fotela wraz ze mną podeszła i pokazała ordynatorowi skrawek gipsu spod, którego było widać  robaczki i skrawek ciałka zaczerwienianego. –O proszę spojrzeć! Pochyliła moją małą główkę do przodu. – Skandal! Żeby tutaj za tyle pieniędzy tak nędznie żyło moje dziecko! Mężczyzna widząc mnie w takim stanie szybko odskoczył jak oparzony. Cała twarz mu poczerwieniała kiedy zaczęłam popłakiwać, ponieważ przy gwałtowniejszym ruchu matki poczułam jak mnie piecze i boli pod gipsem. Ordynator podniósł się z fotela i w kierunku drzwi pokazując dłonią powiedział:- chodźmy razem zapraszam do gabinetu zabiegowego. Byłam przerażona, że znowu będzie mnie bolało. Drżącą ze strachu i ze łzami w oczach położono mnie na leżance w gabinecie i obok mama usiadła na krześle. –Cicho to nic nie będzie Cię boleć. Już dobrze, nie płacz. Uciszała. Nie przypominam sobie już kto mi ten gips rozcinał i czym. Natomiast pamiętam jak pierwszy raz po tak długim czasie ujrzałam swoje nogi po ściągnięciu gipsu. Na początku pachwin ciągnęły się na wstępie cienkie szwy ,które później coraz bardziej się rozszerzały coraz niżej w dół  od 10 może  do 15 cm. zatrzymując się na udzie prawej i lewej kończyny dolnej. Przypominały troszkę  warkocze splecione z włosów. Był to nieco zaczerwienione. Z tyłu za piętami podobne miałam szwy do 10 cm. Od dołu węższe ku górze szersze. Cichutko szepnęłam- mamusiu czy ja zawsze będę miała na nogach te warkocze? Ogromnie rozbawiło to pytanie mamę, ordynatora i całą resztę personelu w gabinecie. Nie chciałam dać ogolić głowy na łyso. Ogolono mi ją prawie do zera. Po czym mama sama wykąpała mnie pod prysznicem. Jęczałam i piszczałam z bólu jak obmywała mi miejsca odparzone z otwartymi ranami, bo nie tylko były one w miejscach pachwin, krocza, ale  też na piętach. Najgorzej nie można było mnie dotknąć jak mama zaczęła mnie smarować po kąpieli olejkiem Bambino i pudrować talkiem przeznaczonym dla niemowląt. Przebrała mnie  w nowe i czyste ciuchy.  Długo nosiłam czapkę na głowie, bo wydawało mi się, że jest mi zimno. Wstydziłam się bez włosów. W lustrze wyglądałam jak więzień z obozu koncentracyjnego z Majdanka. Później  rozpoczęła się codzienna rehabilitacja w sali ćwiczeń, oraz okłady z borowiny. Ćwiczenia okazały się bardzo wyczerpujące i bolesne. Szczególnie podczas rozkładania szeroko nóg i rozprostowywania ich w przegubie kolan nie znosiłam. Po tym zgłoszeniu zażalenia przez moją mamę, o tym jak się ze mną obchodzą w sanatorium i traktują mnie pielęgniarki dały spokój, ale wkrótce przekonałam się, że one często z byle powodu nastawiają na mnie starsze i silniejsze dzieciaki. Zamiast ich one miały oko od tej pory na mnie. Jak znów obrywałam czy pobito mnie to właśnie starsi koledzy, koleżanki. Sytuacja nie wiele uległa zmianie. Jak się poskarżyłam każdy z personelu wzruszał ramionami. Udając bezradność w tej sytuacji. Rodzice postanowili na własne żądanie wypisać mnie z sanatorium w Busko-Zdroju. Z jednej strony potrzebowałam jeszcze długotrwałej rehabilitacji, masaży zaś z drugiej strony stałam się tak zalęknionym i znerwicowanym dzieckiem . Przestałam być komunikatywna, choć z natury odkąd tylko zaczęłam płynnie mówić, byłam „szczebiotką”. Po kilku miesiącach pobytu zaczęłam się zamykać przed światem rzeczywistym, a uciekać w  inny nie znany nikomu, w którym byłam tylko ja i mój brat o rok młodszy, który nie żył. Od 3 lat. Nigdy przedtem go nie znałam, ale wyobrażałam sobie, że jak jest nas dwoje to jestem bezpieczniejsza. Rozmawiałam niby z nim, ale tak naprawdę z samą sobą. Wypisano mnie na żądanie przedwcześnie w sanatorium i rodzice zabrali mnie autobusem do domu. W powrotnej podróży pamiętam jak mama dawała mi swojską kiełbasę do jedzenia, a ja zamiast naturalnie przeżuwając jeść ją, połykałam łapczywie w całości. Tato dał mi pomarańczę. Nie świadoma, że trzeba najpierw obrać do skonsumowania, zabrałam się do pałaszowania ze skórką. Ojciec wystraszył się na sam widok. Pozostali pasażerowie w autobusie obserwując mnie kręcili głowami z politowaniem, a rodzice płacząc, karmili mnie po trochu ,żebym się nie rozchorowała. Wyjaśniając, że wracają ze mną z sanatorium Buska-Zdroju. Po każdym zjedzonym kęsie oblizywałam dokładnie u rąk wszystkie palce prosząc- mamusiu daj jeszcze. Po powrocie do domu na wieś, każdy z sąsiadów był ciekawy i miał ochotę nas odwiedzać. Niespodziewane wizyty sąsiedzkie bardzo krępowały rodziców przez dłuższy czas. Mama musiała jeszcze raz zrobić mi dezynfekcję głowy i cały czas jeszcze nawilżała moje małe ciałko oliwką Bambino i pudrowała talkiem. Co sprawiało mi ból. Nieopodal naszego domu koleżanka mamy pani Teresa prowadziła sklep spożywczy. Pojawiła się w progu w białym fartuchu. Siedziałam sobie w swoim łóżeczku. Podeszła w kierunku mojego łóżeczka, wzięła mnie na ręce. Z kieszeni wyciągnęła dużą czekoladę. Na widok sklepowej bardzo się rozpłakałam i wyrywając się rączkami wołałam- ja chcę do mamy! Widząc na niej biały fartuch skojarzyłam ją z pielęgniarką z sanatorium. Wydawało mi się, że przyjechała po mnie z powrotem.  Zaskoczona kobieta szybko oddała mnie mamie i stała jak wryta!- Co się dzieje?! Co zrobiłam nie tak?! Moja mama posadziła mnie w łóżeczku i z nią na moment wyszła za drzwi. Tam ściągnęła z niej fartuch i powiedziała- jak idziesz do mnie  to bez fartucha. Najlepiej żebyś nic na sobie nie miała białego kiedy do nas się będziesz wybierać. Za chwilę były ponownie w mieszkaniu. Pani Teresa ponownie wzięła mnie na kolana i dała mi czekoladę. Matka oczywiście rozpieczętowała mi ją i sama ułamała mi kilka kostek. Obawiała się, że jak zacznę łapczywie jeść to mi zaszkodzi. Minęło 36 lat od tamtych przeżyć, ale moich wspomnień z sanatorium Buska-Zdroju nic nie było, nie jest i nie będzie w stanie wymazać z pamięci. Dobre chwile pamięta się bardzo długo, ale złe jeszcze dłużej.
 
 
 
 
 
 
 
 
 

 
Dzisiaj stronę odwiedziło już 31 odwiedzający (49 wejścia) tutaj!

bądź moim tul (i) panem...♥
zostań i bądź
moim tulipanem
a ja będę ci
różą bez kolców

tylko moim bądź
tego pragnę
przytul mnie
mocno do siebie

niech nie będzie
mi tak zimno dłużej
to nie ujemna temperatura
a samotność tak oziębła

całą mnie oblewa
bezgraniczny strach,
że zostanę znów
samotną bez ciebie


nie chcę być
przez całe życie
jeżem z kolcami
bez przerwy się bronię

zostań i bądź
moim tulipanem
rozgrzej serce
do czerwoności

niech będzie ono
koloru płatków róży i tulipana
bardzo gorące i pąsowe
nawet jeśli zadrżę

nie przejmuj się tym
to tylko chwilowy dreszcz
to będzie znak
że otrzymałam szansę

na wyzwolenie się
spod więzów oporu
przełamując w oczach
pogrążenie w strachu i rozpaczy
które były kajdankami
dla mnie od dawien dawna


wykorzystywane i powielane bez zgody autora- assandi .
(Dz.U. 1994 nr 24 poz. 83 z późn. zm.)







Ta strona internetowa została utworzona bezpłatnie pod adresem Stronygratis.pl. Czy chcesz też mieć własną stronę internetową?
Darmowa rejestracja