Toksyna serc
Potrzeba miłości
Niedosyt rozmów
Cisza w kącie zgrzyta
Z tęsknoty usycham
Czekam na słowa
Jak ziemia na deszcz
Zbywasz pół słowem
W miłości mur!
Łyk szeptu umyka
Coraz bardziej złakniona
Mów do mnie jeszcze
Pieść wibracją modulacji
Toksyna milczenia
W związku dwojga serc
Zrywa bliskości więź
Z A B I J A…
J E D N O C Z E Ś N I E
Miłość odmienia wszystko
Nie odróżnia pór roku
Nie zna granic wytyczonych
Nie odmierza czasu
Jest ślepa i szuka po omacku
Kieruje się własnymi prawami
Miłość bierze serca w jasyr
Rozsądek nie przekrzyczy
Ich głosów gdy zaiskrzą
J E D N O C Z E Ś N I E
Modlitwa o pogodę ducha
Siedzę ciszą otulona
W uszach dzwoni milczenie
Czarnych myśli nie dopuszczam
Wiją się jak jadowite węże
Do głowy zewsząd wpełzają
Coraz trudniej jest zbiec
Silniejsza ode mnie melancholia
Wcale nie jest mi do śmiechu
Czarny humor się wkrada
Szaruga monotonii walczy
Z prozą powszedniego życia
Z moim drugim ja ukrytym
Pogodę ducha przepędza
Pesymizmu mroczność
On jest goryczy czarą
Wywołuje burze w mózgu
Trzęsienie ziemi
W egipskich ciemnościach
Z serca krople krwi łzawią
O jak ciężko samotną być
Taki kataklizm w duszy znieść
Zabić raz definitywnie skończyć
By nie zrazić się pesymizmem
Na stałe zaprzyjaźnić się z pogodą ducha
Zerwać więzy ze smutkiem
Wykrzyczeć łzom-żegnajcie
Nie zraszając co noc bezsilnością
Mojej poduszki na dobranoc
Gdy cię nie ma
gdy cię nie ma
moje myśli
biegną za tobą
ile tchu w płucach
gdy cię nie ma
niepokój nie odstępuje
mnie tuż o krok
gdy cię nie ma
przeraża mnie powrót
do samotności
na sam dźwięk ciszy
gdy cię nie ma
sercem targa trwoga
pod strachem
by jutro mi skraść
Wojaże Gąski i Kotka Gramotka
Starym, nowym MPK
Jadą sobie kot i gąska
Tu busem tam trajlusiem
Zwiedzają miasto Lublin
Bez biletu na gapę
Gąska kotka trzyma
Krótko na smyczce
W Ogrodzie Saskim
Poprzez Przedmieście
Krakowskie wita ich
Marszałek Piłsudski
Na Kasztance kobyłce
Jest tam dużo atrakcji
Cyrkowi akrobaci
Na Placu Litewskim
Balans bez asekuracji
Z chińskiej porcelany
Żonglowanie talerzami
To znów skrzypek gra
Gdybym był bogaty
Na Jarmarku Jagiellońskim
Kataryniarz z papugami
Na katarynce korbą kręci
Francuskie hity Edit Piaf i Joe Dasin
W między czasie
Carrefour Biedronka
Promocje i galerie
Kotek przegląda sobie
Gala Plaza Olimp
Pełen wybór perfum
W drogerii wystawa
Złoto srebro się mieni
Do wyboru do koloru
Dla pań panów biżuteria
I nowożeńców APART
W karatach do kupienia
Gąska kalkuluje
Mnoży dodaje
Gdzie opłaca się
A gdzie drożej?
Dach nad głową
Podczas burz mają
W Realu Tesco Lidlu
Wcale nie zmokną
W Auto Salonie gąska
Pstryknie Gramotkowi
Przed Laguną Peugeot 206
Na pamiątkę cyfrowe foto
Wycieczka dobiega końca
Gąski i kotka Gramotka
Wracają do domu na obiad
Z nadzieją na nowy wyjazd
Mogiła jestejstwa
i znowu sama a przy mnie
natłok myśli w radiu muzyka
nie umiem uciec od osamotnienia
nawet jak mam miłość i jest
mi ona zupełnie bliska
nie potrafię się wyrzec
szarej monotonii pustki
wokół siebie samej żyję
z samotnością zrośnięta
jak syjamscy bracia
nie czekam wybawienia
przed zagładą nicości
nie zapisany monolog
ciągnie się za mną
po moim istnieniu
długa pajęczyny nić
jestem wciąż w niepamięci
słów na grobie niejestejstwa
Senny tiul
Miłości słowa w strofy wiersza rymy splatam
Jak warkocz komety na niebie z anielskich włosów
Słonymi kropelkami morskich łez księżycowi całun
zwilżam
Jak białe perełki na jego owalu rozbłysły
Gwiazdom przyćmiewa to srebrny blask
Po letniej burzy wiatr tęczy palety
W podkowę wykrzywia malując nimi marzenia
Noc na cebulę przyodziewam w senny tiul
najpiękniejszych snów
Zawieszony w sieci
niełatwo wiarę zachować w sercu
trudno nadzieję odnaleźć na miłość
sztuką jest śmiechem zabić łkanie
jak nie udaje się zupełnie nic
bezradność rozdziera w strzępy
odwagę więzień w cierniach mroku
martwy za życia a zesłany na padół
Bożej Ziemi zawieszony w sieci czasie
w nicości nadaremnych próbach
Magia słów
Na białej kartce myśli swe powierzam
Tulę słowa głaszczę interpunkcję całuję
Przelewam morza tokiem zdania na papier
W krzyk, wołanie o pomoc je zamieniam
Głucha cisza niemy odzew do mnie odsyła
Wpadam w złość coraz mniej cierpliwości
Rzucam wulgaryzmem w przepaść studni
Na dnie echem myśli się płaczem pluskają
Zamazuje kolejność abecadła kaligrafii
Anioł stróż białe skrzydła nade mną wnosi
Chcąc być lekkością balastu życia i śmierci
Na ziemskim padole antidotum na smutki
Złamana dusza nie chce zrosnąć się na trwogę
Znieczulenie przez magię słów działa krótkotrwale
Tajemniczy ogród
miłość wygrawerowała imiona
na dnie serc gdzie świątynia
marzeń mieści się w krainie snu
uwielbiam jak jesteś przy mnie
pierwsze i ostatnie pocałunki
należą tylko do ciebie w uścisku
ciasnego pierścienia ramion
zapisują smak muśnięć ust
podążasz do serca raju bram
w tajemniczym ogrodzie po klucz
ukryty łuną poświaty bije ognistą
w rąk kokonie żar tchnienia
pierwsze drżenie bliskości ciał
jesteś przy mnie i wraz ze mną
bez wątpienia bardzo bliski mi
gdy się pochylasz nade mną
Trudne pytanie
I po co mi to było?
Obnażać przed tobą duszę.
I po co mi to było?
Powierzać wszystkie sekrety.
I po co mi to było?
I tak mnie nie rozumiałaś!
I po co mi to było?
Znałaś mnie tak dobrze.
I po co mi to było?
Zawiodłam się na tobie.
I po co mi to było?
Jaki był w tym ukryty cel?
I po co mi to było?
Teraz już nie ma przyjaźni.
I po co mi to było?
Nie byłaś przyjaciółką
NIGDY DLA MNIE…
Passa życia
W samotności czas utknął w miejscu
Wśród tylu osób a jednak osobno
Łazi się w tę i z powrotem bez celu
Talizman szczęścia fatum przeklęło
Sens życia zgubił kierunek kompasu
W najciemniejszym gąszczu labirynt
Zielone światełko nadziei migoce
Pojawia się i znika jak dobra passa
Jest mi ciebie mało i mało
Kiedy cię zamykam w myślach swoich
Każdą chwilą życia jesteś tylko moją
Miłością największą w sercu płoniesz
Z każdą sekundą minutą kocham ciebie
Do szaleństwa coraz mocniej i mocniej
W dzień i w nocy jest mi cię mało i mało
Nienasycona dotykiem miękkości palców
Pod parasolem Twoich dłoni bliskości
Zachłannie wchłaniam głaskanie uwięziona
Pod płaszczem żarliwych pieszczot
Obsesją zaklęcia miłości pragnę cię
Do utraty tchu coraz bardziej i bardziej…
Dylemat Robinsona Cruzoe
gdzieś w otchłani samotności
na skraju tęsknoty na wyspie snu
przy brzegu marzeń oceanu toni
ukryte dryfują porzucone uczucia
które nad swoim losem płaczą
niepotrzebne nikomu nie chciane
pragną wsłuchać się w takt serca
przytulić mocno lecz serce jak okręt
znika z horyzontu miłości statku
na pożegnanie w usta muska całuje i pieści
beznamiętnie rzeczywistości rutyna
osamotnienie przywiązuje się
jak do rozbitka robinsona cruzoe
dryfującego na tratwie na środku morza
gubi cel rejsu idąc na samo dno titanica
HEAVY METAL
biegną megaherce
po sąsiedzku na piętrze
w samo południe
i o północy łomot
przez całą dobę
tydzień i miesiąc
zamiast kołysanki
metalowe dźwięki
smera uszy i pieści
wyssane z mlekiem
matki i z taktu
na bębnach ojca
na dobranoc w domu
zamiast bajki krzyk
i dziecka łkanie
starzy mają na tym
punkcie świra
innym sąsiadom w bloku
nie dając spać w nocy
co za harmider ola Boga!
awaria prądu by się zdała
na sygnale z kogutami PO
nie wyrabia radiowóz
tuż za rogiem policji
bezradne rąk rozkładanie
nie pomaga upomnienie
ani mandat jak za ścianą
mieszka łomot wariat
heavy metal wyżarł
już na wylot rozum
nie dociera nic do rozsądku
dudni ac/cd i metalica
wszystko ma daleko w nosie
bo kocha ciężką muzykę
i to jest pępkiem świata
UCZTA
Przyjechała z miasta
Wnuczka do dziadka
Świeżo po studiach
Na wesele zaprasza
Chcąc wypaść z klasą
Świeżo po uniwerku
Przed narzeczonym
Z inżyniera tytułem
Usiłuje wyjść dobrze
Zagląda do szafy
Pyta dziadka i babki
W jakiej zjadą garderobie?
W panice, że wstyd
Przyniosą zawczasu
Patrzy do lodówki
Tam bigos z rosołem
Dziadek i babcia
Czym chata bogata
Do stołu zapraszają
Z daleka gości
A wnusia grymasi
Bigos za kwaśny
Rosół za tłusty usta
W podkowę wygina
Nie chce na ślubie
Kwiecia bukietów
Łakoci ani specjałów
Żąda dla zwierząt
Karmy z puszek
Prosto ze sklepu
Dziadek myśli
Po głowie się drapie
Pojechał na wieś
Złapał tuzin mysz
Po farbie w puszce
Snopek siana i słomy
Zabrał z pola z sobą
Narwał kapusty sałaty
Marchwi w ogrodzie
Bochen chleba z domu
I pojechał z babką
Citroenem Turbo
Na wnuczki weselisko
Już obrączki wymienione
Przysięga złożona
Po powrocie z kościoła
Wystawia dla zwierząt
Z schroniska żywność
Żywe myszki dla kota
Snopek siana i słomy
Dla owcy, kozy itp…
Kapusta, sałata i marchewka
Dla zajęcy i królików
Chleba bochen suchy
Dla stadniny koni
Ot i cała eko-karma
W modzie prosto ze wsi
Tajniki życia
Nie znając bólu,
obca jest choroba.
Nie płacząc nigdy,
nie wie się czym jest cierpienie,
Trudno zauważyć szczęście,
mając wokół siebie przyjaciół.
Ciężko okazać wyrozumiałość,
gdy ma się na zawołanie pomoc.
Nie jestem na własność
Nie polubię samotności
Nie pokocham nigdy
Nie doczeka się ona
Przywiązania mojego
Nie zostanę nigdy
Jej żoną choćby chciała
Wziąć gwałtem na siłę
Nie będę kochanką
Choć by chciała
Mieć mnie na własność
Z premedytacją podstępnie
Będę walczyć do utraty tchu
Nie zgodzę się nigdy
Na to by być odludkiem
Ponieważ jest to wbrew woli
Samotność związuje usta
Zaraża egoizmem despotyzmem
Odbiera szczęście i uśmiech
W samotności traci się wszystko
Znajomych przyjaciół i miłość
Królowa śniegu
W nieskazitelnej bieli się mieni
Jak suknia ślubna panny młodej
Gdy gwiazdy na niebie się złocą
Pod oczami srebrzy się tak samo
W oknach mróz kwiaty maluje
Na spacerze pod nogami skrzypi
Natury pięknem w przyrodzie
Zachwyca i w pełni emanuje
Tym, którzy w górach lubią
Śnieżnym szlakiem daleko
Surfować swawolne slalomy
Jeżdżą w kuligu na saniach
W białowieskim borze
Dzwonki wygrywają arię
Do taktu końskie kopyta
Wtórują wesoło w galopie
W jeździe na łyżwach
Gdzieś tam ćwiczą skoki
Piruety i spirale śmierci
Na jeziora płytkim lodzie
Szron welonu koronką
Tuszuje jodłom rzęsy
Zamieć śniegiem miecie
Na polu tańcuje oberka
Zima straszy grypą
Niewinnością bieli mami
Jest sroga i okrutna
Póki nie utopi się Marzanny
Oszust matrymonialny
Bierze na lep jak muchę
Wykrada nadzieję i wiarę
Przybiera oblicze anioła
W duchu kleptomana żyje
Noc spędza mu sen z powiek
Uczciwością się brzydzi i pracą
Lojalnością na co dzień hańbi
Miły jak puch do rany przyłóż
Słodkie jak lukier ma spojrzenie
Całuje rączki wszystkim paniom
W złotą biżuterię wbija sokole oko
Nie ma w tym szczerych intencji
Wegetuje kosztem naiwnych ofiar
Są nimi spragnione niekochane kobiety
Z damskich toreb wyciąga pieniądze
Na przepych komfort różne atrakcje
Na widok pierścionka i obrączek
Ucieka tam gdzie pierz rośnie
Pozostawiając łzy serca złamane
Brak perspektyw i pusty portfel
Zmienia na nowe terytorium
W dowodzie dane personalne
Pędzi przez świat lotem kleszcza
Starych panien przekleństwem
B Y W A! ! !
Powiedz dlaczego tak jest?
|
Powiedz, dlaczego?
Szczerość do bólu zabija okrutnie!
Powiedz, dlaczego?
Obłuda ma krótkie nogi.
Które z nich wybrać?
Gdy za prawdomówność,
dostaje się batem po dupie.
A przez kłamstwo,
nienawidzi się człowieka.
Jak tu zawsze być sobą?
Gdy nie wystarcza miejsca.
Na bezpośrednią uczciwość
i w naturze oryginalność.
Realne życie staje się ściemą.
Czas nie rozlicza z minut ani sekund.
W grze komputerowej online
w świecie Matrixu fałszywej wizji,
karykatura charakteru się liczy.
Psychoza szare komórki niszczy,
jak trojańskie konie w dysku pamięć.
W krzywym zwierciadle odbicia,
po tamtej stronie monitora panika!
Fałsz mija się z prawdą,
gdy się gra wciąż w kości.
Coraz rzadziej ktoś bywa lojalny.
Zło z dobrem wygrywa.
Demon zaciera czarcie łapska.
W śmietnisku wirtualnym,
człowiek przed człowiekiem
traci z dnia na dzień na wartości.
Niczym w ziarnie plewa. |
Są ludzie są debile
Gdy samotność zagląda mi w oczy,
nie puka do drzwi moich i nie pyta
czy można wejść do środka?
Nie przejmuje się tym wcale,
że jest nieproszonym gościem.
Zatykam uszy muzyką na fula,
by zabić wokół łoskot ciszy!
Łaszę się do ludzi jak pies,
merdający radośnie ogonem.
Uciekam na oślep przed zapomnieniem.
I wraz po drodze życia gdzieś tam…
dopada mnie pustka i zobojętnienie!
Nie chcę się nikomu narzucać,
ciągle słyszę nie mam czasu.
Nie chcę przylgnąć jak modliszka,
do braku akceptacji i znieczulicy.
Trwać w pasożytniczej wegetacji.
Nie teraz może innym razem…
stare, nowe problemy nie dają spokoju.
Chciało by się na szarugę dnia,
spojrzeć pod innym siedzenia kątem.
Sekrety i grzechy myślom powierzam.
Kłopoty wymykają się spod kontroli.
Nikt nie daje szans na pomoc.
Są dobre i złe chwile, są ludzie,
i debile, którzy sieją zamęt w głowie.
Wątpliwości pod znakiem zapytania…
Zamknięta w samotności
W przestrzeni odosobnionej
Myśli płyną jak woda w kranie
W wielkim tłumie przechodniów
Jestem biernym widzem
Nieokiełznana samotność
W kojcu mój los ujarzmia
Skazana na łaskę i niełaskę
Bezgranicznie ograniczona
Łaknę mowy każdego słowa
Wymieniam nieme monologi
Czas nie rozlicza z minut ani sekund
Badam grunt obserwuję życie
Pod balastem ciszy ból skowyczy
Większy autorytet ma pies przybłęda
Od człowieka na wózku bezwładnego
Wirtualne miłości
bezgraniczna przestrzeń
szlak horyzontu wirtualnego
rozpościera się widnokrąg
nieosiągalny poniekąd nikomu
sznur abecadła biegnie
w telegraficznym tempie
nikt nie wie nic kto kryje się
na czacie pod jakim nickiem
pod skórą internauty
kameleon sobie siedzi
włażąc do pokoju oczy
wybałusza na lock capsa
bierze na lepki język
szukając samotne ofiary
łakomych na liza
złaknionych miłości
miłość nie równa miłości
bo to co gorzkie
lśni w ciemnościach
a to co słodkie
wymaga dojrzałości czasu
UNIK
Zamknęła na klucz zmysłów żądze
Nie pozwoliła wyjść na zewnątrz namiętności
Nie chciała żeby coś spotkało ją złego
Zapomniała czym jest pożądanie
Przestała wierzyć w romantyzm
Wyrzekła się ciała ponętności
Uśpiła siebie przed miłością
Ale serce nie przestało czuć, pragnąć, kochać
Moc miłości przezwyciężyła wszystko
Jej nie można oszukać ani z serca wymazać