Było lato 1992 r. Za wszelką cenę moi rodzice chcieli sprzedać dom jednorodzinny w Trawnikach. W tym interesie na nowej dopiero co kupionej maszynie do pisania na prośbę mamy wypisałam mnóstwo kartek z ogłoszeniem do sprzedaży naszego domu, w którym przemieszkaliśmy przeszło 9 lat. Mama potem je porozklejała wszędzie gdzie się dało: na sklepach, na drzewach. W anonsach był podany numer tel. do nas, dopiero co podłączonego. Jednak nikt zbytnio nie był zainteresowany naszą ofertą. Naprzeciwko naszej posiadłości był biały blok, w którym mieszkał sam pewien chłopak. Nie znałam go, nie był zbytnio przystojny, ale poznał dziewczynę, o rok ode mnie starszą. Ona w przeciwieństwie do niego była bardzo ładną dziewczyną, jasną blondynką o błękitnych oczach. Średniego wzrostu, szczupła. Miała na imię Anka. Kiedy widziałam ich razem to widać było, że chodziła z nim, ponieważ bardzo lubiła przepych, komfort, forsę. W całej osadzie szemrano o nim, że jest dość zamożny. Matka jego przebywała w Niemczech, tam prawdopodobnie wyszła za mąż za 75-letniego Niemca. Właśnie przyjechała do niego, ponieważ w lipcu miał odbyć się ślub jej syna z Anką. Kobieta była poważnie zainteresowana kupnem naszego domu, planowała zrobić w nim kawiarnię. Na dodatek moja babcia w czerwcu pojechała do jednej z sióstr swoich i tam u niej w Lublinie załapała się na pielgrzymkę do Częstochowy. Przedtem nigdy nie była na Jasnej Górze, a odkąd pamiętam zawsze o tym bardzo marzyła. Poszła na tą pielgrzymkę bez uprzedzenia nas w domu gdzie się wybierała. Po drodze prawdopodobnie bardzo poważnie zasłabła, ale gdy wróciła do domu w niedługim czasie, mając 67 lat dostała pierwszy wylew. Przez co przywieziona karetką pogotowia wylądowała w szpitalu. Początkowo trochę odjęło jej lewą nogę. W międzyczasie kobieta, która zdecydowała się kupić nasz dom, dała rodzicom tydzień czasu na znalezienie w Lublinie nowego mieszkania. Co graniczyło raczej z cudem. Ona zaraz po weselu zamierzała wyjechać do Niemiec z powrotem. A syn jej miał dopilnować remontu naszego mieszkania. Po naszej wyprowadzce. Matka z synem wynajęli robotników do tego celu. Nie wiem ilu ich tam było, ale jeden z nich był z Ukrainy. Oleg Mielnik 28 lat. Bardzo podobny był z wyglądu i sylwetki do aktora Przemysława Pazury. Zamieszkał z młodymi co przyszłej teściowej nie było na rękę. Chodził z Anką wszędzie krok w krok na zakupy, jak tylko wyczuł ,iż jej narzeczony później już mąż wychodził do pracy. Ten zachodził do jego żony. Dlatego kobieta przyszła raz do nas i poprosiła, żebyśmy zgodzili się na przyjęcie na stancję jego do siebie. Nie za bardzo było to mamie na rękę, przygotowania do przeprowadzki, szukanie nowego mieszkania, na dodatek ktoś zupełnie obcy, komu trudno od razu zaufać. Sasza tak wolał na siebie mówić, zaczął przychodzić do nas na obiady no i był niby na stancji. 3 pokoje więc problemu nie było. Od samego początku coś mi się w nim nie podobało pomimo, że brzydki nie był i zawsze miły, wyczułam z jego strony jakby umizgiwanie się wobec mnie”. Irytowało mnie to, ponieważ wielokrotnie przez okno widziałam na ulicy jak przypala sobie papierosa z Anką, a jak przychodził do nas to chyba traktował mnie podobnie jak tamtą, mając mnie za głupią i naiwną. Ance wystarczyło kiwnąć palcem przez niego i była cała w skowronkach. Nie byłam o to zazdrosna, ponieważ wyczuwałam w tym człowieku coś z dzikiego zwierzęcia. Niepokoiło to mnie w głębi ducha i jednocześnie przerażało. Jednak nie chciałam dać to po sobie od razu poznać jemu i wyczuć na odległość z mojej strony. Przyznaję odkąd pamiętam nie przepadałam nigdy za Rosjanami, Białorusinami i Ukraińcami. Sasza sprawił, że wręcz znienawidziłam te narody. Wiem bardzo źle jest być rasistką, ale to stało się silniejsze ode mnie. Jak przyszła chwila wyjazdu na nowe miejsce zamieszkania on przyszedł do moich rodziców i zaczął ich błagać, abyśmy zabrali go z sobą do miasta. Babcia jakoś szczęśliwie wróciła ze szpitala i nieco wydobrzała. Obiecywał wszystkim, że jak tylko będzie w mieście bardzo szybko znajdzie sobie stałą pracę na budowie i po miesiącu wyprowadzi się od nas do kogoś innego na stancję. Może nie tyle mamie, jak mojemu ojcu zrobiło się ogromnie żal Saszy. Kiedy opowiadał, że jego ojciec ma bardzo małą rentę, matka pracuje w Służbie Zdrowia również za marne pieniądze, a brat młodszy od niego jest niepełnosprawny. Chorował na stwardnienie rozsiane. Chciał zarobić pieniędzy w naszym kraju potem za polskie banknoty kupić dolary i wysłać swoim rodzicom. Z początku bardziej zaciągając po ukraińsku dalej ciągnął jak to pragnie tu w Polsce zdobyć z czasem kartę polskiego obywatelstwa, ożenić się z Polką i wyrwać się z ukraińskiej biedy. Opowiadał, iż marzy mu się własny samochód najlepiej marki AUDI i mieszkanie. Nic więcej od życia nie pragnie. Pracę na budowie znalazł owszem. 2 razy pisał list do domu, ja jednak o wiele lepiej rozumiałam Saszę w mowie potocznej, niż jego pisanie listów. On był długo przekonany, iż ja wcale nie wiem o czym opisuje w korespondencji rodzicom, (co było prawdą), no i był pewny, iż także nie rozumiem ukraińskiego potocznego języka. Tu był niestety w błędzie. Jednak ja udawałam do czasu, że nic nie pojmuję, nie słyszę i nie widzę na co się zanosiło. Dzwonił też z naszego telefonu i na nasz koszt do rodziny. Podczas jednej z takich rozmów telefonicznych sama nie dowierzałam własnym uszom, jak opowiadał że znalazł sobie dziewczynę, co prawda nie jest z tych wymarzonych, ale ma samochód i mieszkanie. Zapewniał tamtego kogoś, że to tylko kwestia czasu i cierpliwości. Wszystko idzie po jego myśli. Nie dostrzegłam, aby dokądkolwiek i do kogoś zawsze po powrocie z pracy wychodził. Mijały dni, tygodnie, miesiące za pasem zima była. A Saszy nie śpieszyło się szukać sobie innego lokum mało tego od pewnego czasu przestał dokładać się finansowo co miesiąc do czynszu, opłat za wodę, gaz, prąd czy telefon. W ogóle do niczego się nie dokładał. Przez kilka miesięcy u nas przebywając poprawił się i zaczął do tego jeszcze narzekać na jedzenie, ubranie w jakim chodził z mojego taty. Nie było aż takie stare. Na wstępie przed moimi bliskimi udawał, jak bardzo zależy jemu na mnie, a kiedy zostawaliśmy sami to toczyliśmy jawną wojnę między sobą. Zarzucał mi np. dużą nadwagę, gnębił mnie z powodu niepełnosprawności. Codziennie od świtu aż po noc zamęczał mnie nadmiernymi ćwiczeniami. Przy tym jeszcze przestrzegając bardzo ściśle mojej diety. Niestety nie zgubiłam mimo wszystko ani 1 kg, dieta Saszy to można powiedzieć była typowo głodowa. Tylko tyle mogłam zjeść jak był w pracy, ale gdy wracał od razu musiałam odstawiać jak najdalej od siebie jedzenie, aby nie wpadł w szał na mój widok z pełnym talerzem. Wtedy czekały by mnie z jego strony wyzwiska od najgorszych... (emitety) oraz nawet rękoczyny z jego strony. Siniaki nie schodziły z mojego ciała. Pokryta byłam nimi na plecach, rękach, nogach. Kiedyś mama u mnie je zauważyła, pytając mnie: - co się stało? Wtedy odpowiadałam, że przewróciłam się i uderzyłam. Za każde nie udane ćwiczenie, byłam kopana i bita zalewając się łzami. Z każdą chwilą życia i z każdym dniem coraz bardziej nienawidziłam jego. On mnie zresztą również dla niego byłam zawsze brzydka, śmierdząca i nic nie warta. Nie chciałam w domu o to awantury między Saszą a moją rodziną, więc milczałam. Zresztą on także mnie szantażował, że jak tylko coś pisnę, wszystkich nas w nocy powyrzyna. Z tego co zdążyłam poznać Ukraińca charakter to raczej mówił zawsze bardzo poważnie. Z jednej strony zaciskałam zęby, aby przeżyć kolejny przed sobą koszmarny dzień, z drugiej zaś coraz bardziej pragnęłam, żeby to się wreszcie skończyło. Przy rodzicach potrafił mnie czule karmić i obejmować. A we mnie jeszcze bardziej wzbierała nienawiść do Saszy , im więcej z jego strony było fałszu i obłudy, tym bardziej jemu nie wierzyłam. Nagle przytrafiła mi się pewna bardzo drastyczna scena. Podczas ciągłych ćwiczeń i wysłuchiwania jego słów z ust:- jeszcze raz! I jeszcze raz! Wypowiedzianych słabą Polszczyzną czułam, że już nie daję rady od nowa powtarzać jednego i tego samego ćwiczenia. Opadałam całkowicie z sił moje ręce, nogi były jak z ołowiu nawet myśleć było już mi ciężko. Sasza zaczął się śmiać ze mnie, że tchórz mnie obleciał. Co mnie potwornie wkurzyło. Wstałam i ostatkiem sił próbując utrzymać równowagę nagle zachwiałam się, ponieważ bardzo zakręciło mi się w głowie. Nie wiem już czy ze zmęczenia czy z głodu przez co runęłam jak długa. Poczułam jak lewa stopa podwinęła mi się i coś mi w kostce strzyknęło. Ten ból przeszywający mnie na wskroś aż zajęczałam i zawyłam z płaczu. –Nu wstawaj! Poczułam jak Ukrainiec mnie ponaglając podszturchowuje za ramię. -Nie wstanę, gdyż silnie mnie boli cała stopa, rozumiesz!!! Chciałeś to masz teraz jak wcale nie będę mogła się ruszyć nawet do łazienki, ty musisz mnie zanieść na własnych barkach!!! Gówno teraz mnie to obchodzi, dasz radę czy nie?!!! Sasza nic nie odpowiedział mi na to, wziął mnie na ręce delikatnie i przyniósł do mojego pokoju, po czym posadził mnie ostrożnie na wersalce. Następnie wyszedł na chwilę do naszej kuchni i wrócił do mnie z największym nożem, jakiego wtedy moja mama miała. –Skoro tak mnie nienawidzisz to teraz masz albo ty mnie przebijesz nim albo ja to zrobię z tobą.- Tak bardzo cię nienawidzę, moja nienawiść do ciebie nie zna granic!!! Krzyczałam prosto jemu w twarz. Sasza trzymając nóż w jednej dłoni ,sam drugą rozpinał sobie na klatce piersiowej koszulę. Cały incydent rozgrywał się na oczach moich rodziców i babci. Na ten widok oni osłupieli. Wówczas bałam się jak nigdy w życiu. Miałam do wyboru albo ja jego ugodzę ostrzem prosto w serce albo on mnie. Najgorsza chwila grozy! Jednak coś mi zaświtało łzy popłynęły mi po policzkach. Pomyślałam sobie trudno co będzie, to będą moje ostatnie słowa wypowiedziane przed śmiercią. –Ani ty mi nie dawałeś życia, ani ja tobie jego nie dawałam i ani ty nie masz prawa mi go odbierać, ani ja nie zamierzam ciebie jego pozbawiać. Ogromnie zamurował ten tok słów Saszę z mojej strony. Nóż wypadł na podłogę. On popatrzył na mnie, najbliżsi również wlepili w nas oboje z przerażenia oczy. Przynajmniej udało mi się zdemaskować naszego lokatora przed własną rodziną. Pokazał pierwszy raz przed wszystkimi długo skrywane prawdziwe swoje oblicze. Co mogłam mu zarzucić to mogłam, ale gdy okazało się, że mam opuchniętą lewą granatowo-fioletową nogę, Sasza faktycznie wszędzie mnie nosił na rękach np. do łazienki oraz znosił i wnosił po schodach na 2 piętro. Przy tym nie miał prawa po zerwaniu ścięgna mojego narzekać, że jest mu za ciężko. Dość długo potem dochodziłam do siebie po tej kontuzji, utykając . Wojna między nami nadal trwała na słowa mimo, że przeprosił mnie po tym wszystkim na oczach rodziny, lejąc przy tym krokodyle łzy. Kiedy tylko zostawaliśmy sam na sam dawał mi dobitnie do zrozumienia, że jak tylko ożeni się ze mną i będzie ze mną pod wspólnym dachem, to znajdzie sobie piękną kochankę, ze mną się rozwiedzie i wsadzi mnie do Opieki Społecznej. Natomiast sam jak twierdził z kobietą, którą naprawdę będzie kochał pobierze się i zamieszka w moim mieszkaniu z nią przy okazji zyskując po moim ojcu Fiata 126p. Na co ja jemu odpowiadałam: - po moim trupie Sasza! Narzekał on także na zbyt długie życie w celibacie. Mieszkał u nas już kilka miesięcy, Anki w pobliżu nie było, a ja? Z całej duszy i z każdym dniem coraz bardziej do niego czułam niechęć. Za każdym razem powtarzając Saszy w kółko jedno i to samo: - że jak nawet zostaniemy kiedykolwiek małżeństwem, to niech lepiej zawczasu przygotuje się na to, iż wiązać mnie z nim i jego ze mną będą tylko i wyłącznie papiery. Nic więcej! On tylko patrzył na mnie i kiwał głową. Żeby mi jeszcze bardziej pograć na nerwach, wmawiał mi z ironią: - wiesz i tak masz kiepskie zadatki na żonę i kochankę w jednej osobie… -W takim razie czemu tak kurczowo trzymasz się mnie, jak rzep psiego ogona?! Pytałam jego odwzajemniając się z nutą drwiny. W końcu dzwoniąc raz do domu swojego otrzymał wiadomość, że wybierają się jego rodzice do nas w odwiedziny do Polski. Na wieść o tym od razu Saszy spochmurniała twarz.
Sasza okłamał ich i zamierzał oszukać moich rodziców. Czym bliżej było przyjazdu jego matki i ojca, tym bardziej on był u nas pokorny i potulny. Jakby nie ten sam co przedtem. Raz zaczepił mnie nawet: - powiesz całą prawdę moim rodzicom, że zerwane ścięgno masz przeze mnie? –A co? Będę łgać tak jak ty i udawać coś czego nie ma tak naprawdę? Z drwiną w głosie odpowiedziałam pytaniem. On spuścił głowę w dół dłuższy moment milczał, po czym znów odezwał się. –Proszę nie mów im nic jak jest naprawdę między nami. –Sasza ja kłamać i udawać też nie zamierzam przed ludźmi, których zobaczę pierwszy raz na oczy. Jak ty sobie to wyobrażasz, powiedz?! Oni przyjdą do naszego mieszkania, a ja usiądę ci na kolana, wezmę ciebie za szyję i im powiem ,iż bardzo kocham Saszę? Czy za dużo ode mnie w tej chwili nie oczekujesz?! Zasypałam jego pytaniami z nutą wyrzutów ze swojej strony. -Okej nie musisz przy nich niczego udawać, jak nie chcesz, ale proszę ,błagam nic im nie mów o tym, że czasami kłóciliśmy się no i o tym ,że czasem dochodziło między nami do rękoczynów. –Czasami? Hm….ty to nazywasz czasami, a ja to nazwałabym codzienną poniewierką wręcz maltretowaniem psychicznym i fizycznym mnie! –Proszę jeszcze raz nie mów nic najlepiej! Obstawał na swoim.– Dobrze zobaczę co się da zrobić, ale nie obiecuję, jak nie zasypią mnie twoi rodzice konkretnymi pytaniami na nasz temat, to postaram się nie wypuszczać pary z ust. Nadszedł w końcu dzień przyjazdu tego małżeństwa z Ukrainy. Sasza wyszedł po nich na dworzec. W przedpokoju zadzwonił dzwonek tato otworzył z domofonu. Potem odezwał się drugi dzwonek ze strony drzwi wejściowych po otworzeniu ich weszła szczupła kobieta bardzo podobna ( do naszego lokatora) i tęższy mężczyzna siwy. Starszy pan dość dobrze mówił po polsku, natomiast jego małżonka nic a nic nawet nie rozumiała naszego ojczystego języka. Po przywitaniu z lekkim akcentem: -dzień dobry. –Zdrastwujtie. Kobieta jeszcze dobrze nie ściągnęła palta, a już złapała Saszę za rękę i zapytała wprost przy mnie: - budiesz miał maszynu i kwatiru? Sasza spojrzał się na mnie, a we mnie coś w środku zawrzało. Wzrokiem go na wylot przebiłam z trudem milcząc. – Mama pogawarimy o tym wiecierem. Odparł kobiecie. Ojciec Saszy zaproponował po kawie i poczęstunku, aby Sasza wybrał się z nim i matką do Lombardu. Przez cały czas przeważnie milczałam podczas tych wstępnych rozmów między moimi rodzicami, babcią a gośćmi. Odpowiadałam tylko na konkretnie skierowane do mnie pytania, ale również zdawkowo. TAK albo NIE. Będąc przy tym bardzo uprzejmą. Była już zima, więc szybko zapadł zmrok za oknem i gdy Sasza z rodzicami wrócił ,moja mama kończyła gotować spóźniony obiad. Babcia nakrywała do stołu. Nie wiem dlaczego, ale po tych kilku wypowiedzianych słowach ojca Saszy nawet go polubiłam. Wywarł na mnie pozytywne wrażenie w głębi duszy zastanawiałam się nawet żałując, iż nic nie ma Sasza z ojca. Co do jego matki wyczuwałam dziwny niepokój. Kiedy zasiedliśmy wszyscy do stołu ta kobieta zaczęła mnie wypytywać o wykształcenie, wiek, dlaczego utykam?... wszystko na raz!!! Poczułam się bardzo niezręcznie. Sasza natychmiast podszedł do mnie położył mi dłoń na lewym ramieniu i lekko uśmiechnął się. Jednak zebrałam się na odwagę i zaczęłam odpowiadać po kolei.
-Mam 20 lat, wykształcenie mam podstawowe. Dostrzegłam w jej oczach przerażające zdziwienie. Sasza oczywiście i jego tato tłumaczyli tej kobiecie wszystko na ukraiński. –A dlaczego kulejesz? Nagle zapytał mnie starszy pan. Popatrzyłam ukradkiem na jego syna, który przeszył mnie tępym wzrokiem. – A to? To nic wielkiego, schodząc ze schodów nagle źle stanęłam i ścięgno zerwałam, ale już prawie zrosło mi się ono. Uśmiechnęłam się. Boże jak długo będę musiała łgać jak z nut przed tymi ludźmi?! Pomyślałam w duchu sobie. Saszy ojciec popatrzył na mnie i na niego , widać wyczuł z mojej strony, że nie mam ochoty tego tematu ciągnąć przy stole. Później atmosfera zmieniła się na bardziej swobodną (jak dla kogo? Dla mnie na pewno nie). Moja mama wyciągnęła z regału aparat fotograficzny FUJI i Sasza zaczął pstrykać po kolei zdjęcia w mieszkaniu. Były to fotografie przeważnie grupowe. Najgorszy moment był dla mnie kiedy ustawił aparat i szybko z doskoku przyszedł do mnie przykucnął na dywanie i objął mnie ramieniem do zdjęcia przy tym perfidnie szczerząc kły do obiektywu. Oj jak ja wtedy miałam ochotę wytrzaskać go po pysku za wszystkie czasy odkąd nade mną znęcał się i poniewierał mną. Z tyłu nie widział więc nad głową jego pokazałam do zdjęcia dwa palce w postaci rogów. Robiąc z niego diabła w prześni i w dosłownym tego słowa znaczeniu .Tylko moja mama to dostrzegła z boku i lekko się do mnie uśmiechnęła. Odwzajemniłam jej uśmiech spoglądając do obiektywu, gdy lampa błyskowa zamrugała i aparat pstryknął Sasza mnie nagle zapytał: -czemu się śmiejesz? –Ja? Przecież do zdjęcia trzeba się uśmiechnąć? Tym bardziej do takiego prawie rodzinnego? Odrzekłam jemu pytaniem. Szeptem dodałam. –Sam przecież prosiłeś mnie, abym nie dała niczego po sobie twoim rodzicom poznać?... A tak. Skinął głową. Nazajutrz po śniadaniu mój ojciec zaproponował gościom wyjście na spacer i zwiedzenie miasta w towarzystwie jego, mamy i Saszy. Miałam w domu zostać sama z babcią. Propozycja bardzo przypadła do gustu Saszy, znał mniej więcej Lublin od kilku miesięcy chciał swoim rodzicom go pokazać. Jednak jego tato zadecydował, że nie pójdzie z nimi. Odrzekł: - byłem wczoraj na mieście bardzo długo, wy idźcie a ja sobie z Laurą zagram w szachy. To fakt Sasza wcześniej udzielił mi kilku lekcji w tej grze, ale nie czułam się jeszcze na tyle dobrym przeciwnikiem, żeby wygrać z kimś, kto mógł być lepszym graczem ode mnie. Tak więc ja i on zostaliśmy zupełnie sami. Moja babcia również wyszła razem z nimi nawet nie mówiąc dokąd i kiedy wróci. Dłuższy czas siedzieliśmy tak naprzeciwko siebie w moim pokoju nad partyjką szachów, ale właściwie żadne z nas nie grało. Raczej gapiliśmy się wspólnie na szachownicę i drewniane figurki. Poza tym nie wiedziałam o czym mam nawiązać temat z tym starszym panem, który w przeciwieństwie do swojego syna był dla mnie bardzo miły i przede wszystkim traktował mnie z szacunkiem. W duchu modliłam się milcząc siedząc wraz z nim, aby nie zaczął mnie wypytywać na temat Saszy. Nie miałam ochoty łgać i tym bardziej mówić mu szczerej prawdy. Nagle starszy pan spojrzał mi bardzo głęboko w oczy.
-Powiedz mi Lauro, zaczął. Sasza i ty, wy tak naprawdę poważnie macie zamiar się pobrać? Na chwilę cała struchlałam. Nie mogąc z siebie wydobyć głosu. –Proszę mnie źle nie zrozumieć, ale to czy wyjdę czy nie za mąż za pańskiego syna, zależy tylko od niego. To jego decyzja. Trudno jest mi cokolwiek powiedzieć teraz na ten temat, kiedy jego nie ma tutaj razem z nami. –Lauro powiedz mi proszę, kochasz Saszę? Poczułam jak mi coś w gardle ugrzęzło. Spuściłam smutno głowę i nic przez moment nie odpowiadałam. – Widzi pan jaka ja jestem. Bez wykształcenia, pokrzywdzona przez zły los. Czy mogę liczyć na lepszy wybór w życiu? Odpowiadałam pytaniem, nie dowierzając samej sobie. –Dziecko. Roześmiał się nagle. –To nie o to chodzi. Między młodymi powinno być coś więcej niż potrzeba zawarcia związku małżeńskiego tylko dlatego, aby zyskać dobro materialne dzięki jednemu, to nie powinna być z twojej strony również ucieczka od samotności. Obserwowałem was wczoraj przy stole. Znam swojego syna bardzo dobrze, potrafi udawać i zakładać na swoje prawdziwe oblicze różne maski. Było mi ogromnie niezręcznie, gdy przysłuchiwałam się tym słowom. Nie wiedziałam jak się mam zachować wobec tego człowieka co odpowiedzieć jemu na to? Nie chciałam go zranić, to był jego rodzony syn pierworodny. Z drugiej strony wiedziałam dobrze na co było stać Saszę, że gdy obieca to zawsze dotrzymuje słowa i potrafi się później zemścić. Z milczącego zamyślenia znów oderwał mnie szpakowaty pan. – Nie bój się opowiedz mi wszystko dziewczyno. Dokąd tu będziemy ja, moja żona i Sasza nic Ci nie grozi z jego strony. Przecież wiem i widzę, że nie ma między wami miłości. Lauro to zerwane ścięgno to zapewne również sprawka mojego syna? Nie wytrzymałam już dłużej tego natłoku pytań. Rozpłakałam się. Ojciec Saszy objął mnie ramieniem, wyciągnął chusteczkę z kieszeni swojej marynarki i zaczął mi szybko oczy ocierać z łez. – Tylko nie płacz, bo jak zaraz wrócą, to Sasza zauważy, iż płakałaś i zacznie coś podejrzewać. Będziesz miała tym bardziej przez to z jego strony kłopoty. Wyszłam na moment do łazienki i nad umywalką przemyłam zimną wodą swoją twarz. Osuszyłam ją ręcznikiem i wróciłam do pokoju. Mój rozmówca ciągnął dalej praktycznie monolog ze mną. Przyjechałem tu być może po to, aby ciebie Lauro wybawić od katastrofy ,do której zmierzacie oboje. Dlatego zanim jeszcze jest czas opowiedz mi co tutaj się wydarzyło naprawdę, a ja na pewno tobie pomogę, bo jestem po twojej stronie. Wzięłam bardzo głęboki oddech i zaczęłam wszystko od samego początku opowiadać. O tym jak mnie szantażował, poniewierał mną i znęcał się nade mną psychicznie i fizycznie, w jaki sposób ścięgno w mojej lewej stopie zostało zerwane przez Saszę. O tym incydencie z nożem. Starszy pan był wstrząśnięty tym wszystkim co usłyszał ode mnie. Spoglądał coróż na zegar zawieszony na ścianie. Minuty upływały coraz szybciej nieubłaganie. Kiedy wreszcie skończyłam z siebie wyrzucać, to co musiałam przez tyle czasu ukrywać nie tylko przed nim , dusząc to w sobie, poczułam nieco ulgę.
-Lauro nie powinienem tego tobie teraz mówić, bo jestem jego rodzonym ojcem. Sasza niestety wdał się jak i z urody tak i z charakteru do mojej żony. Wybacz mi proszę z całego serca to, co musiałaś do tej pory znosić i przeżywać przez mojego starszego syna, jest mi z tego powodu niezmiernie bardzo przykro, że Sasza jest wcielonym diabłem w ludzkiej skórze rodem z piekła. Jak ci zapewne wiadomo mam jeszcze drugiego syna w twoim wieku chyba również biedny, bo niepełnosprawny. Wyczuwałem jak to może być naprawdę między tobą a Saszą, bo on tak samo od bardzo wielu lat traktuje swojego młodszego brata. Serce boli mnie patrzeć na to jak oni się nienawidzą. Z jednej matki i z jednego ojca a tacy są różni jakby nie byli rodzeństwem. Młodszy syn z charakteru bardzo przypomina mnie. Póki jest jeszcze czas Lauro i nic nie łączy ciebie z Saszą przeżegnaj się zawczasu dziewczyno i daj sobie spokój z tym za mąż pójściem za mojego starszego syna. Sam w tym tobie pomogę jak już wcześniej obiecałem. -Proszę pana proszę się nie gniewać na mnie, ale ja Saszy nienawidzę i on mnie również z całej duszy tylko, że on to ukrywa przed wszystkimi, a ja nie. –Dobrze, dobrze… że o wszystkim mi opowiedziałaś. Teraz ja biorę wszystko w swoje ręce. Uspokajał mnie. –Ale proszę nic Saszy i żonie nie mówić o naszej rozmowie. Błagalnym tonem prosiłam go. –Nie martw się wszystko będzie dobrze. Uśmiechnął się do mnie. Na pewno nic nie powiem, a jeśli nawet to Sasza wyjedzie stąd od was razem ze mną i żoną do domu. Niespodziewanie zadźwięczał w przedpokoju domofon. Ojciec Saszy podszedł do niego i odebrał, to byli oni z powrotem. Otworzył im drzwi. Atmosfera napięcia w domu dawała się jeszcze przez chwilę wyczuć, ale starszy pan zasypał pytaniami swoją żonę na temat zakupów. Kobieta i Sasza mieli pełne reklamówki. Byli w ciuchlandzie i kupili parę spodni wycierusowych. Później zaczęli wszyscy przeglądać wspólnie zakupy. Wieczorem po kolacji Sasza z rodzicami poszedł do pokoju mojego ojca tam zresztą we troje mieli do dyspozycji jedną wersalkę i podłogę do spania. Ja, mama z tatą i babcia gnieździliśmy się w moim pokoju.
Spałam z babcią na rozkładanym pojedynczym fotelu, a rodzice na drugiej wersalce. Gdy już odpływałam daleko w półśnie nagle zbudziły mnie jakieś krzyki z sąsiedniego pokoju. To były podniesione głosy Saszy i jego ojca. Kobieta ich tylko uciszała. Po mnie przebudzili się moi bliscy. Mama zapytała się: - no i co Saszy rodzice nie mają nic przeciwko waszemu ślubowi? Z lekkim przerażeniem odwróciłam się do niej twarzą. –Ślubu nie będzie, przecież wiecie, że ja z Saszą nienawidzimy się. Odrzekłam szeptem zbliżając wskazujący palec do ust. Na co mój tato powiedział : -no to trudno będzie to teraz odkręcić, co sam naważył Sasza. Jego rodzice żyją w obłudzie. – Ależ Laura jak zwykle wyolbrzymia jak zawsze. Znowu odezwała się moja mama. –Słuchaj jak może Sasza cię skrzywdzić, skoro mając chorego na SM brata młodszego, wie najlepiej co to znaczy inwalidztwo. Rozumie to, bo ma z tym styczność na co dzień, a że czasami bywa wobec ciebie bardzo wymagający i twardy to dlatego, iż z natury też bywasz bardzo leniwa.
Leniwa czy nie leniwa. Ale to nie znaczy, iż mam być przez całe życie maltretowana i poniewierana jak ścierka do butów. Pomyślałam sobie w duchu. Po czym odrzekłam wszystkim w moim pokoju: - dobranoc. Wykręciłam się do ściany i gdy już było zupełnie cicho w ojca pokoju usnęłam. Rano Sasza przeważnie milczał coróż strzelając na mnie oczami jak z dubeltówki. Panicznie bałam się do niego i ja odezwać zapytać o cokolwiek. Moim rodzicom i babci również nie wypadało pytać się co się stało w nocy, że tak głośno było matkę i ojca Saszy. Małżeństwo zbierało się do wyjazdu. Sasza również bardzo zdenerwowany pakował walizkę. Gdy już nadeszła pora pożegnania, starszy pan podszedł do mnie. Ukradkiem uścisnął mi prawą rękę i powiedział do mnie szeptem: - Sasza jedzie z nami, już on nie wróci i nie zakłóci spokoju tobie Lauro. Uśmiechnęłam się do niego i odrzekłam bardzo dziękuję. Życzę szczęśliwej podróży. Głośno. Rodzice ściskali się z wychodzącymi gośćmi przy progu. Sasza jak zwykle to wykorzystał. Po cichu wtargnął z powrotem do mojego pokoju. Był bardzo wściekły. – Udało ci się gratuluję! Wyjeżdżam do domu, ale pamiętaj ja tu jeszcze wrócę do was. Szyderczo się uśmiechnął do mnie. –Wtedy jeszcze pogadamy. Pamiętaj! Patrząc na niego i słysząc te słowa cała z przerażenia na moment zesztywniałam. W przedpokoju pojawił się jego tato. – No chodź szybko, bo spóźnimy się na pociąg! Ponaglał Saszę. Odjechał po 9 miesiącach mieszkania u nas. Odetchnęłam z ulgą. Jednak byłam w błędzie wierząc ojcu Saszy. Nadszedł marzec 1993 r. Było wczesne popołudnie, chociaż to była połowa miesiąca wcale nie zanosiło się jeszcze na prawdziwą wiosnę. Śniegu pełno wszędzie za oknem, mróz nadal tęgi ściskał. Nagle zadzwonił domofon. Mama podeszła do niego, podniosła słuchawkę i zapytała: -słucham? Potem ze zdziwienia zrobiła wielkie oczy, spoglądając na mnie.- Kto to mamo? Zapytałam. Przycisnęła klawisz w domofonie. – To Sasza. Odparła pośpiesznie. Po co go tu wpuściłaś?! Spytałam ją. –A co miałam zrobić? Przecież zna nasz adres. Później zadźwięczał dzwonek w drzwiach. I pojawił się Sasza. –Dzień dobry! Powiedział znacznie wyraźniej po polsku, ale nadal z lekkim akcentem wschodnim. Wszedł do mojego pokoju, usiadł na fotelu obrotowym, ściągnął z głowy z włóczki granatową czapkę z wiszącym pomponem i uśmiechając się do mnie odezwał się: - jestem z powrotem, wróciłem. – No to co?... Odparłam obojętnie. Ty masz swoje życie, ja swoje. – Nie zupełnie teraz porozmawiamy o nas. Zaprzeczył. –Jak to o nas? Nigdy nie było nas, byłeś ty i byłam ja. Dwoje bardzo różniących się od siebie ludzi! Podniosłam głos na niego. W międzyczasie moi rodzice na zmianę jedno zaczęło się pytać na jak długo przyjechał do Polski i czy nadal szuka pracy? Drugie zaparzyło kawę i przyniosło z ciastkami. Sasza zamierzał nadal na dobre zadomowić się w naszym kraju i pozostać tu na stałe. Wypił kawę, podziękował po czym spojrzał na zegar i rzekł: - oj muszę jeszcze wyjść na godzinkę, półtorej na miasto. Nie wiem czy zdążę, ale mam jeszcze jedną sprawę do załatwienia. Przyjdę tu jeszcze do was dzisiaj. Rzucił na obchodne i nie zabierając z sobą czapki wyszedł. Mama nie zastanawiając się długo. Wyszła do sklepu na zakupy dla mnie i babci. Przyniosła je zapełniając całą lodówkę i powiedziała do babci. –Mamo ja z Wieśkiem MALUCHEM pojedziemy do ciotki Zuzanny na wieś pobędziemy u niej 3 dni. A wy tu nikomu nie otwierajcie pod żadnym pozorem. Nawet nie wychodź do skrzynki pocztowej. Siedź z Laurą cicho w mieszkaniu, światła nie świećcie w mieszkaniu. Po prostu chodzi o to, żeby udało się nam upozorować, że nikogo nie ma w domu. Sasza przyjdzie pod domofon postoi, podzwoni i odczepi się odchodząc na zawsze. Może on celowo zostawił tą czapkę, żeby mieć pretekst do następnego przyjścia?... Przypuszczała moja mama. O nas się nie martwcie. Staruszka skinęła głową. –Dobrze obie zastosujemy się według twojego pomysłu. Rodzice szybko zebrali się do odjazdu pożegnali nas ucałowawszy i odjechali. Zostałyśmy same. Za oknem już szarzało jak rozległ się domofon w przedpokoju. Babcia przyszła do mojego pokoju usiadła na wersalce. Milcząc siedziałyśmy zupełnie po ciemku. Z 2 piętra nie było nas słychać. Domofon dzwonił coraz natarczywiej z minuty na minutę byłam pewna coraz bardziej, że to nikt inny tylko Sasza. Omal aparatu na ścianie nie rozwaliło od tego dzwonienia. –Babciu mogę sobie włączyć po cichu telewizor?- Nie. Teraz jest wieczór, więc będzie z okna odblask włączonego odbiornika widać moje dziecko. Odraziła mi. Dzwonił tak ze 3 godziny bez przerwy. Rano gdy przebudziłam się i wstałyśmy obie znowu rozległ się dźwięk domofonu. I tak przez 3 dni po kolei o różnych porach dnia i nocy. Ja z babcią po cichu chichotałyśmy się. – Niech sobie na mrozie babciu uszy odmrozi… Na trzeci dzień chyba dał za przegrane? Po południu wrócili rodzice od babci siostry ze wsi. Mama weszła i zapytała: - żyjecie? Tak żyjemy, ale jaki miałyśmy tu koncert domofonowy. Oznajmiłam mamie. Czapkę Saszy mama wyrzuciła do śmietnika.
Zawartość nowej strony