Od dzieciństwa do późniejszej młodości miałam bardzo ograniczony kontakt z dziećmi pełnosprawnymi jak i potem z rówieśnikami. Powodem było to, że jestem osobą niepełnosprawną ruchowo. Jeszcze bardziej do tego przyczyniło się indywidualne nauczanie w domu. Samotniczy tryb życia spowodował, że zaczęłam zbyt szybko dorośleć. Przebywając bez przerwy w domu wśród dorosłych jak nie z rodzicami to z babcią i dziadkiem. Bardzo trudno było mi się odnaleźć z osobami młodszymi od siebie i w moim wieku. Nawiązać z nimi wspólny język. Często jak byłam u rodziców mamy na wsi, babcia z dziadkiem, aby całej tej sytuacji zaradzić zapraszali dzieci w różnym wieku do siebie, żebyśmy mogli się zapoznać i razem pobawić. Pamiętam jak babcia specjalnie rano skoro świt codziennie gotowała przepyszne śniadania. A mnie rano budziły odgłosy dziecięcych głosów z zapytaniem-czy Amanda już wstała? Za chwilę babcia przychodziła do mnie informując, że śniadanie ,oraz od sąsiadów Justyna i Mariusz czekają na mnie. Wspólne posiłki, zabawy czas upływał mi u babci i dziadka wesoło i beztrosko. Kiedy starsze dzieciaki woziły mnie w jasnoniebieskiej spacerówce. Dziadek w rewanżu zrywał im jabłka, śliwki, wiśnie z własnego sadu. Oni nazajutrz przynosili z domu orzechy włoskie albo laskowe. Nie trwało to jednak zbyt długo. Moi starsi koledzy i koleżanki poszli wcześniej, niż ja do szkoły. U rodziców było raczej trudniej, bo tato w ciągłych dalekich delegacjach poza domem. Mama zabiegana i zapracowana w gospodarstwie rolnym. Na wsi rano i po południu kursował jeden, jedyny autobus szkolny. Szczególnie zimą mama nim jeździła 4 km po zakupy dla domu. Czasy komunistyczne, stan wojenny, wszystko na kartki w sklepach. A przed nimi kolejki ciągnące się w nieskończoność! I to najgorsze wyczekiwanie wystarczy dla domu czy nie wystarczy?! Wówczas zostawałam u sąsiadek albo w domu z kimś z nich ,lub z dzieciakami z sąsiedztwa. Starałam się jak mogłam zatrzymać ich towarzystwo przy sobie jak najdłużej dzieląc się słodyczami. Często nawet rozdawałam wszystko na raz innym biednym dzieciom, które u siebie w domach przymierały głodem, aby tylko mieć z kimś się pobawić. Niestety u rodziców było inaczej, niż u dziadków miałam dotąd towarzystwo do zabawy, dopóki w plastykowym słoiku po kakao były landrynki. Cukierki się skończyły i wraz z nią zabawa z Tomkiem z Moniką. Postanowili wracać do swojego domu. Zostawałam z 3 wielkimi pudłami zabawek sama z kotką Fruzia albo czarnym psem Bobkiem. W mieszkaniu pamiętam jeszcze wielkie, stare radio , z którego lubiłam słuchać dużo muzyki i czytane powieści przez różnych spikerów. Nie mając zbyt wiele do wyboru nauczyłam się sama bawić w sklep, szpital przy tym coraz więcej mówiłam sama do siebie. Raz ktoś po sąsiedzku przechodząc koło okna usłyszał dziwną rozmowę (wzywałam przez telefon karetkę pogotowia do lalki), przyprowadził z pola zdziwioną mamę. Na co ona po wejściu do mieszkania roześmiała się i powiedziała, że to ja tak szczebiotam. Nie było nikogo. W ciągłym przebywaniu z rzeczami martwymi i ze zwierzętami nie trudno było zdziczeć w odosobnieniu dla małej dziewczynki. Podświadomie walczyłam z samotnością i broniłam się, mając 100% pewności, że nie odpowiada mi żywot w pojedynkę. Zwykle nie miałam problemów w nawiązywaniu kontaktów z obcymi. Mój problem był o wiele poważniejszy – brak akceptacji. Pierwszy raz w życiu doznałam tego odczucia ze strony ojca rodziny. Druga babcia i ( taty siostra) ciocia z wujkiem uważali, że skoro jestem kaleką nie nadaję się do edukacji i najlepiej było by mnie umieścić w zakładzie dla niepełnosprawnych. W wieku szkolnym też dotkliwie odczuwałam ten brak kontaktu z młodzieżą. Co to jest jak się bywa w szkole tylko z okazji olimpiad szkolnych, początku i zakończenia roku szkolnego…to tak jak kropla w morzu. Własna klasa widziała mnie od przypadku do przypadku snując między sobą przeróżne insynuacje. Jeszcze dobrze nie wprowadzono mnie na wózku inwalidzkim do środka szkoły, a już za plecami słyszałam szepty od ucha do ucha wśród dziewczyn i chłopaków. Niestety nie były one zbyt pochlebne. Młodzieńcze lata wspominam na przesiadywaniu nad książkami i zeszytami, oraz słuchaniu dla relaksu mnóstwo muzyki z radiomagnetofonu kasetowego WILGA. Nic nadzwyczajnego. Inni chodzili na różne imprezy, bawili się wspólnie. Ja zatapiałam smutki i radości słuchając ulubionej muzyki Italo Disco, której zakaz ze strony ojca przegrywania z radia i słuchania miałam w domu. Po zakończeniu swojej edukacji postanowiłam zrobić coś z tym swoim dotychczasowym życiem pustelniczym. Ogłosiłam się w czasopiśmie NOWA WIEŚ. Szukam przyjaciółki, która zaakceptuje mnie taką, jaką jestem. Imię, nazwisko, adres. Nie rozpisywałam się zbyt wiele. Nie liczyłam też na żaden odzew na swój anons. Aż pewnego dnia pojawił się listonosz z torbą obładowaną i przepełnioną po same brzegi listami. Wszedł przygarbiony pod nadmiarem ciężaru korespondencji. Cała zawartość listów była na mój adres zaadresowana. I tak przez następne kolejne dni po 30-40 listów codziennie od pełnosprawnych osób i tych z różną niepełnosprawnością. Najbardziej w tym wszystkim było zaskakujące, że była to młodzież z całej Polski i o różnym wyznaniu wiary Chrześcijan, Salezjan, Zielono Świątkowców. Najwięcej było oczywiście korespondencji od Świadków Jehowy, ale mnie nie interesowała zmiana wyznania. Mając zaledwie 16 lat pragnęłam przyjaźni nic więcej. Coraz więcej odwiedzało mnie kolegów i koleżanek. Pierwszy raz przekonałam się, że tak naprawdę nie jestem jedną, jedyną w życiu osobą inaczej sprawną. Poznawałam ludzi sprawniejszych i jeszcze mniej sprawnych od siebie. Spotkania, wymiana listów na różne tematy sprawiła, że zaczęłam się oswajać bardziej ze środowiskiem i otoczeniem, które mnie otaczało. Czas jednak nie stoi w miejscu, upływa nieubłagalnie. Większość moich znajomych korespondencyjnych wkrótce znalazło własne połówki jabłka i kontakt między nami zaczął się coraz bardziej urywać. Nikt mnie na dobre i złe nie wybrał. Poczułam się odsunięta na boczny tor! Zbliżałam się do 30-stki. Podświadomie coraz bardziej uświadamiałam sobie, że znowu dopada mnie bezgraniczna samotność! Rodzice z roku na rok starsi coraz bardziej podupadali mi na zdrowiu. Najbliższa rodzina ze strony obojga rodziców rozproszyła się za granicą. Jedni wyjechali do Francji, drudzy do Włoch. Pozostał jedynie kontakt wirtualny i telefoniczny. Mimo, że dobrodziejstwem jest w dzisiejszych czasach świat komputerów, Internetu, telefonów komórkowych przenigdy nie jest to w stanie zastąpić człowiekowi całkowicie osamotnionemu bliskości drugiej osoby. Sam na sam rozmów w cztery oczy, uśmiechu. Miałam wrażenie, że Internet jest wspaniały, ale może też z premedytacją zaszufladkować w fikcyjnym świecie Nicków. Gdzie każdy internauta przypomina kameleona. Jest tym kim chce być. Jak się nie ma kamery internetowej i nie ujawnia prawdy o sobie można być normalnym człowiekiem jak każdy wśród innych, jednocześnie zachowując swoją naturalność. Czy przemilczenie prawdy jest kłamstwem? Miałam coraz więcej czasu na różne przemyślenia i analizy. Podczas długiej zimy zaczęły mnie nękać pytania. Na forach i na czacie te same ciągle powtarzające się do znudzenia… Dlaczego o każdej porze jestem dostępna na necie? Czym się tak naprawdę zajmuje?... Próbowałam zmyślić, że pracuje w biurze w księgowości to znów prowadzę kawiarenkę internetową, ale to nie dawało mi spokoju! Nie lubiłam udawać kogoś, kim nie byłam naprawdę. Szukałam tak naprawdę przyjaznej duszy na dobre i złe, a nie przygód i wrażeń wywołujących dreszczyk emocji! Pragnąc szczęście z kimś zbudować trzeba zdobyć się na uczciwości i lojalności. Przemilczaniem prawdy, kłamstwa, udawanie kogoś, kim się nie jest tylko dlatego, że byłam więźniem czterech ścian własnego mieszkania. Ciężko to osiągnąć. Co roku o tej samej porze astronomicznej jaką była zawsze zima zdawałam sobie powagę z sytuacji, że za coś takiego nikt na mnie nie zwróci szczególnej uwagi, nie zaakceptuje i nie pokocha! Wchodząc na stronę internetową SYMPATII i inne portale randkowe coraz więcej odnajdywałam ofert matrymonialnych, w których każdy szukał kogoś doskonałego w 100%. Czytając po kolei anonse, przeglądałam wszystkie zdjęcia mężczyzn. Nikt nie wywarł na mnie wrażenia. Sami szukający niezależnych pod każdym względem, idealnych dziewczyn. Nie dość, że pięknych, zgrabnych i wykształconych to i sprawnych. Na pierwszy rzut oka nie byłam brzydka miałam do zaoferowania nie tylko swoje serce, ale i mieszkanie przystosowane do swojego inwalidztwa to jednak okazywało się zbyt mało, aby się spodobać komuś. Mając możliwość jedynie na zawieranie nowych znajomości poprzez Internet coraz bardziej narażałam siebie, rodziców i swój dom. Chciałam czy nie, musiałam zgadzać się na pierwsze spotkanie w swoim zaciszu domowym. Nie było na to reguły pełnosprawny, czy niepełnosprawny po zapoznaniu okłamywał mnie bez skrupułów lub dokonywał kradzieży.
Doszło nawet do takiej sytuacji, że w domu zostaliśmy bez grosza na chleb. Usiłując dobrowolnie odzyskać małą część sumy prosiłam później złodzieja o zwrot pieniędzy pisząc do niego e-maile. Dzwoniłam do niego, ale on albo wyłączał telefon komórkowy albo odpisując mi na elektroniczne listy groził mi i moich najbliższych śmiercią. Trudno było przewidzieć, czy pisze serio? Czy tylko blefuje? Przerażona nie na żarty zraziłam się do ludzi na dość długo. Mama jeszcze bardziej rozchorowała się. W domu nie było ani lekarstw dla niej ani nie można było wyjść do sklepu. Co z tego, że Marcela wylegitymowałam jak był u nas z dowodu osobistego? Skoro on i tak miał fałszywy dowód osobisty i fałszywe dane personalne. On znał moje imię, nazwisko adres, numer tel. WSZYSTKO! Miał mnie w szachu. Musiałam natychmiast zaszyć się w domowym zaciszu w wirtualnym świecie, ale tym razem założyłam własnego bloga. Nie wchodziłam na żadne czaty, na żadne forum, a tym bardziej nie zaglądałam na żaden party portal radkowy. Prowadząc poetyckiego bloga odetchnęłam z czasem z tego co mnie spotkało, ale bezsens, pustka i monotonia wraz wdzierały się w moje życie codzienne. Przepełnia mnie bezradność! Ile i jak długo można przesiedzieć jak się jest schowaną w norze?...Coś dziwnego działo się ze mną wewnętrznie. Coraz silniej napawało mnie poczucie braku bezpieczeństwa. Czułam opór przed spotkaniem się nawet ze znajomym mi człowiekiem. Czułam coraz większą blokadę przed zawieraniem nowych znajomości z jakimkolwiek nawiązaniem z drugim człowiekiem rozmowy. Wiedziałam, że to nienormalne, ale strach przed kolejnym niewypałem był ode mnie silniejszy. Przedtem byłam okradana materialnie z biżuterii i akcesoriów- przedmiotów audio teraz okradziono mnie i rodziców z pieniędzy, które były przeznaczone na zakup dla mnie nowego rotora z napędem elektrycznym do ćwiczeń nóg. Stary zwykły rotor odmawiał mi już posłuszeństwa. Po wielokrotnym zespawaniu przez kilkanaście lat służenia do pedałowania mi co dzień dwa razy dziennie rano i wieczorem. Przepłakałam bardzo wiele nocy obwiniając się o głupią naiwność, śmiechu wartą. Nie było nocy, od której moja poduszka nie obsychała od łez. Rodzice przez tamtą kradzież ciągle kłócili się z sobą w domu obwiniając jedno, drugiego a mnie dręczyły nie do zniesienia wyrzuty sumienia. Powoli popadałam w depresję. Leżąc w łóżku i zalewając się łzami rozmyślałam o tym co się stało do tej pory i co jeszcze mnie czeka, o czym nie wiem?... Tak po cichu nawet starając się nie szlochać, wykręcona do ściany w ciemnościach swojego pokoju usnęłam. Nagle ni stąd ni zowąd odwracam się i nie dowierzam własnym oczom. Ktoś siedzi na brzegu łóżka tuż obok mnie. Patrzył na mnie. W dżinsowej kurtce i czarnych spodniach. Wydawał się bardzo smukłym mężczyzną wysokim o ciemnych prostych włosach. Nad jego czołem widniała siwa grzywka. Bardzo charakterystyczne z opisu rysopisu było to, że w żaden sposób nie mogłam dojrzeć tej postaci twarzy, spojrzenia oczu ani jego uśmiechu. Zapytałam go- kim jesteś? Tajemniczy nieznajomy uśmiechnął się w głosie do mnie i odpowiedział:- jestem twoim mężem. Był już świt jak mama właśnie zaczęła mnie budzić. Otworzyłam oczy i nie byłam pewna co się stało? To było tak realne. Leżałam na łóżku i analizowałam każdy szczegół. Ten sen jeszcze bardziej mnie zmobilizował do nie poddawania się, aby pokonać przeciwności losu.-Co się stało, że tak przez sen szlochasz? Zapytała mnie. –Ja? Nie. Coś mi się śmiesznego przyśniło, nie pamiętam. Chichotałam ot po prostu! Po kilku dniach przestałam nad tym snem się zastanawiać jeszcze bardziej pochłonął mnie blog. Znów podświadomie zaczęło mnie ciągnąć do ludzi, rozmów. Ciekawość okazała się silniejsza ode mnie. Pojawiałam się od czasu do czasu na czacie na Onecie albo na Internetowym Portalu Osób Niepełnosprawnych. Gdzie był portal Radkowy. Przez pryzmat wspomnień odbierało mi odwagę. Pojawiałam się i znikałam zdezorientowana. Aż w końcu odważyłam się i na czacie ogólny wkleiłam link do swojego bloga. Nie czekałam co będzie później jak zwykle znikłam.
Nazajutrz weszłam do skrzynki e-mail znalazłam wiadomość. Marek. Znam ja jakiegoś Marka? Otworzyłam wiadomość i przeczytałam. Cześć zwróciłem na linka jaki pozostawiłaś na ogólnym. Nie wiem kim jesteś i skąd, ale ten blog…wprost trudno oderwać od niego oczy! Jestem pod wrażeniem szczególnie tego wiersza.
Im dalej każda myśl coraz bliższa.
Im dłużej coraz bardziej serce pęka!
Im mocniej tak trudno wytrzymać.
Im częściej ciągle jest za mało.
Tym droższa każda chwila z Tobą.
Im ciężej droga do miłości prostsza!
Bo Jesteś przy mnie.
Nie wiem czy to Twój blog i Twój wiersz, ale pewny jestem jednego. Chciałbym Cię poznać.
Najgorsze było to, że każda nowo napotkana osoba w wirtualnym świecie wydawała mi się tym samym złodziejem, który ukradł nam 3500 zł. Ciężko było mi się przełamać! Chciałam i wahałam się zwlekając odpisanie Markowi. Czytając po raz wtóry e-maila od niego odpisała krótko:
Na imię mi Amanda mam 36 lat to jest mój nr. tel. kom. 513-81-26-39. Jak nadal chcesz mnie poznać napisz sms. Od słowa do słowa nasza znajomość potoczyła się dalej. Pierwsze Nasze spotkanie na żywo po 2 miesiącach smsowania. . Do przedpokoju weszła znajoma skądś postać. Ta sama kurtka dżinsowa, te same ze snu czarne spodnie i ta siwa grzywka nad czołem. Nie miałam już żadnych wątpliwości. Ja i Marek poczuliśmy od razu, że jesteśmy sobie przeznaczeni. Pierwszy Sylwester we dwoje w moim życiu z bliską mi osobą. Rodzina Marka na wieść o naszych planach na przyszłość była bardzo przeciwna i nie zaakceptowała mojej niepełnosprawności ani naszego związku. Marek zapewnił mi miłość, poczucie bezpieczeństwa przed przyszłością, odrobinę swobody dzięki, której nie odczuwam tak dotkliwie ograniczenia w poruszaniu się na co dzień. Pomimo, że nadal dla mnie każda zima jest długim aresztem domowym. Letnią porą mąż zabiera mnie wózkiem elektrycznym na miasto. Podróżujemy autobusami i trolejbusami niskopodłogowymi. Na Krakowskie Przedmieście, do Ogrodu Botanicznego, do Ogrodu Saskiego, do bardzo wielu hipermarketów jak: OLIMP, E.LECRC, CARREFOUR, do BIEDRONKI, GALI, TESCO, MEDIA MARKT. Kiedy tylko dopisuje nam pogoda. Podczas tych naszych wspólnych wycieczek we dwoje i długich spacerów mąż często lubi mnie fotografować, by uwiecznić razem spędzone ze mną chwile. Jest też doskonałym kierowcą i samochodem zabiera mnie nad jezioro, do lasu na łono natury. Niezwykle miło wspominam pokaz tańca węży egzotycznych duetu TURK w E.Leclecu, na którym nie tylko mogłam zobaczyć na żywo pierwszy raz gady, ale jednego z węży odważyłam się przez moment dotknąć i pogłaskać. Pobyt w Wesołym Miasteczku. Jak również Jagielloński Jarmark z kataryniarzem i papugą. Dużo muzyki, kramarzy śpiew i gwar cudzoziemców. Mąż odmienił moje dotychczasowe życie o 180 stopni swoją obecnością i bliskością. Nie wątpię, że kariera zawodowa jest w życiu bardzo ważną sprawą, ale gdybym poświęciła się bez granic karierze zawodowej z pewnością pozostając osobą samotną nie miałabym z kim dzielić tyle satysfakcji i sukcesów. Myślę, że nie ma sensu nic bez miłości i bez kogoś najbliższego u boku. Fajni znajomi, super przyjaciele w moim przypadku wirtualni świetna rzecz, ale komputer z Internetem, luksusowy telewizor, czy sprzęt audio/video są wyłącznie zapychaczem czasu. Zapychaczem czasu, który nie jest w stanie samotnej osobie zapełnić w 100% tej luki w sercu i pustych ścian po powrocie do domu. Ten kto tego nie rozumie myślę, że jest głupcem. Sukcesem w życiu jest i pozostanie dla mnie miłość. Nie ma bezproblemowego życia każdy na swój sposób boryka się na co dzień z kłopotami dnia powszedniego inwalidzi i pełnosprawni. Różnica jest tylko taka, że w bardzo liczniejszych przypadkach niepełnosprawni muszą samotnie walczyć, zabiegać o swoje prawa przynajmniej do tej odrobiny normalności. Normalności w 100% jaką każdy ma i żyje nią pełnosprawny człowiek. Dzieląc każdy dzień, każdą chwilę z drugim człowiekiem uświadomiłam sobie, że nagle przed każdym wyborem, każdą poważną decyzją nie mam czego się obawiać. W razie popełnienia błędu razem wspólnie łatwiej poniesie się za to odpowiedzialność i konsekwencje, niż podejmując się tej samej sprawy w pojedynkę. Z pewnością jest też inną satysfakcją, kiedy człowiek ma się z kim cieszyć tym co osiągnął w zamierzonym celu, niż dokonał by tego sam pozostając. Życie nabiera barw, innego wymiaru. Nie sposób jest to opisać prostymi słowami. Najlepiej doświadczyć jest osobiście samemu spróbować. Dopóki człowiek nie przezwycięży samotności jest ślepy jak kret, wszystkiego się boi i nie dostrzega wielu bardzo istotnych rzeczy. Mądrym mottem jest: „Mierz możliwości względem swoich sił”. Ciągle to słyszę z ust mojego męża. Jest w nim ukryta prawda. Szczęśliwy człowiekiem może być każdy niepełnosprawny jak i pełnosprawny. Sztuką tylko jest umiejętność nauczenia się cieszenia się z pozornie małych rzeczy na co dzień z tego co posiada się. Nie narzekania z byle powodu nawet jak się człowiek znajdzie w sytuacji bez wyjścia. Nauczenia się odnajdywania zawsze małego plusa w krytycznych sytuacjach. Jak potrafi się w ten sposób przetrwać nic nie jest w stanie załamać człowieka ani odebrać jemu wiary w lepsze jutro. Faktem jest, że małżeństwo jest loterią, ale to nie tak do końca. Każdy ma od Boga rozum i zdrowy rozsądek możliwość wyboru. Jeden z rozwagą przemyśla podejmuje życiowe decyzje, drugi pod wpływem pierwszego impulsu, emocji. Nie zaprzeczam, że czasami los zmusza do zaryzykowania pozostawiając bardzo mało czasu do zastanowienia się. Najlepiej jest w takiej chwili posłuchać intuicji ona nigdy nie zawodzi. Wie doskonale co brakuje nam i czego potrzebujemy najbardziej, żeby rozwinąć w pełni skrzydła. Wielką odwagą jest samo życie, zmierzenie się z nim oko w oko takie, jakim jest, ale przeciwieństwem tego jest również samobójstwo, które jest największym w skali istnienia człowieczeństwa tchórzostwem. Nadal w dalszym ciągu spotykam się z brakiem akceptacji, niechęcią może nawet apatią ze strony społeczeństwa, choć świat idzie w kierunku jak najbardziej cywilizacji. Jest jednak różnica pomiędzy tym co było kiedyś, a jest teraz mianowicie dawniej przeżywałam to i walczyłam z tym sama. Dzisiaj jest mi łatwiej przetrwać. Jestem kochana i kocham, czuję się komuś potrzebna. Spełniło się moje jedyne najskrytsze pragnienie. Zarecytuję na koniec jeszcze jeden z moich wierszy.
PRZY TOBIE
Przy Tobie- nie jest mi obco
Przy Tobie- sny są rzeczywistością
Przy Tobie- i świat cały nie jest podły
Przy Tobie- więcej ludzi jest dobrych
Przy Tobie- nic nie jest mi straszne
Przy Tobie- samotność jest łatwiejsza
Przy Tobie- wszystko jest inne i prostsze
Przy Tobie- MY brzmi całkiem inaczej
Marzy mi się jeszcze publikacja w przyszłości debiutu powieści książkowej albo tomiku wierszy. Czym byłby świat bez zrealizowania marzeń? Jeśli jednak nie ziści się to, co było kiedyś moją pasją będę szczęśliwa z tego co osiągnęłam przez ostatnie półtora roku.