|
|
|
|
BARWY UCZUĆ - Ze wspomnień... pt: DZIADEK JANEK
|
|
Moja mama wyciągnęła z szafy zapakowane Pisma Święte duże i średnie Stary i Nowy Testament, oraz mała Biblia tylko Nowy Testament. Przeglądając je nagle z tej średniej Księgi Świętej, wypadła jej przypadkiem stara, pożółkła fotografia. Bardzo długo szukałam jej kiedyś, bo jest jedyną pamiątką jaką mam po ojcu mamy . Mój dziadek Janek urodził się 4 maja 1924 r. w wielodzietnej ,bardzo ubogiej rodzinie w Galicji, nawet nie wiem ile dokładnie on miał tego rodzeństwa. Część z niego wymarło za młodu. Z tego co dowiedziałam się od niego, to jeden jego chyba najstarszy brat wyjechał do Niemczech na przymusowe roboty podczas 2 wojny światowej. Tam zginął tragicznie, drugi najmłodszy brat dziadka był chyba najprzystojniejszy? Jako dziecko często bardzo lubiłam oglądać stare zdjęcia z dawnych lat, które były umieszczone w dużym czarnym prostokątnym albumie. Pamiętam właśnie wśród nich pewną fotkę z podobizną młodego, szczupłego chłopaka. Miał na nim bardzo piękne włosy lekko podkręcone w fale -jasny blond, grzywkę miał zaczesaną na bok. Był to właśnie ten sam najmłodszy z braci rodzonych dziadka. On również zginął w wypadku, podczas wyrębu przygnieciony drzewem w lesie. –Mamo daj mi tą fotografię, zachowam ją w swoim biurku. Poprosiłam. Podała mi to zdjęcie, które było zrobione także w czasie wojennym. Przedstawiało ono sześciu młodych mężczyzn, poubieranych w czarne spodnie (przypominające pompki) i w marynarki o tym samym kolorze. Koszule mieli wszyscy na sobie jakby białe. Od lewej strony ten najniższy nich to właśnie mojej mamy ojciec. Miał niewiele, bo 15-16 lat, kiedy był zmuszony wyjechać do Niemiec ,na 5 bardzo długich lat z domu rodzinnego, na przymusowe roboty na fermy rolne do baorów. Gdyby tam nie pojechał to wtedy czekałby go obóz koncentracyjny dla jeńców wojennych i Bóg wie, co jeszcze najgorszego mogłoby tam go spotkać… np. śmierć w komorze gazowej albo rozstrzelanie? Niemiec bardzo szybko polubił mojego dziadka, ponieważ był sprytny i bardzo pracowity, dlatego czuł się u niego tak dobrze jak w domu, ale przede wszystkim bezpieczniej niż w Polsce. Pożółkła fotografia przedstawia za ustawionym rzędem tych mężczyzn wraz z moim dziadkiem Jankiem również murowany z kamienia albo z cegły (tego dokładnie nie wiem) wolno stojący dom z dwoma oknami. Następnie za dwoma z lewej strony facetami jest widoczny płot i fragment kolejnego wolnostojącego budynku. Dziadek przebywając bardzo daleko od własnej rodziny, nie znając języka niemieckiego w obcym kraju, ogromnie tęsknił i nie mógł doczekać się końca 2 wojny światowej, by powrócić do swoich stron rodzinnych. Bardzo stare zdjęcie przywołało wspomnienia moich lat dziecięcych. 8 marca 1983 r. Święto Kobiet, przedwiośnie choć za oknem wtedy jeszcze było mnóstwo białego puchu. Zbliżała się właśnie Wielkanoc. Mama z rana wybrała się do kościoła na rekolekcje i pojechała do kościoła autobusem, a ja jak zwykle zostałam w domu sama. Dzień wcześniej umówiła się z dziadkiem, prosząc go o to aby rowerem przyjechał do mnie o poranku i posiedział ze mną. Byłam najukochańszą jego wnuczką, może dlatego iż od urodzenia do lat szkolnych wolałam mieszkać u niego i babci Marii? Oboje bardzo zżyli się ze mną i pokochali mnie jakbym była ich drugą córką. A może dlatego przede wszystkim pokochali mnie, iż byłam inna od pozostałych 9 wnucząt, czyli dzieckiem niepełnosprawnym i dlatego rodzice mamy najwięcej uwagi mi poświęcili w swoim życiu. Mama z ojcem mieszkali razem z matką mojego taty na wsi na jednym podwórku i w jednym domku drewnianym. Naszą czwórkę dzieliła od siebie jedynie ściana. Mieliśmy po jednym pomieszczeniu. Poza tym oboje rodzice gospodarzyli na 9 hektarowym gospodarstwie rolnym, a tato dodatkowo pracował w Przedsiębiorstwie Robót Wiertniczych i Górniczych, jeżdżąc jako kierowca samochodem beczkowozem na bardzo długie delegacje tzw. cementacje. Gdy był na urlopie, bardzo lubił spędzać wolny czas przy mechanice różnych samochodów ciężarowych i maszyn rolniczych, ponieważ w domu miał własny duży warsztat. Ja uczyłam się w Szkole Podstawowej przez indywidualne nauczanie w domu, dzięki czemu nauczyciele przychodzili i na miejscu udzielali mi lekcji ze szkolnych przedmiotów, których z roku na rok systematycznie mi przybywało coraz więcej. Jedynie zwolniona byłam z WF-u, muzyki, plastyki, po I komunii św. zwolniono mnie również z lekcji religii Naukę zawdzięczam przede wszystkim dyrektorowi tamtejszej Szkoły podstawówki, który był ciotecznym bratem mojego dziadka Janka. On i moja mama poprosili go, aby zgodził się na moją wczesną edukację. Nie było wtedy tak łatwo. Dzieci niepełnosprawne były biedne i bezradne w tamtych latach, w ogóle nikt nie przywiązywał szczególnej uwagi do tego żeby w takiej a nie winnej sytuacji życiowej ,w jakiej sam się znalazł młody człowiek nieb gorszy od tych pełnosprawnych rówieśników , nie różniący się pod względem potrzeb, ambicji jak pozostali co samodzielnie uczęszczają na lekcje do szkół. Mama musiała się najeździć w tej sprawie i niemal, wywalczyć jak dzielna lwica pazurami i zębami wręcz dla mnie tą podstawówkę. Niepełnosprawne dzieci i młodzież mogli tylko iść uczyć się do szkoły specjalnej o niższym poziomie nauczania. Ja bardzo chciałam być w tej normalnej dla większości podstawówce. Rodzice też nie chcieli mnie nigdzie z domu oddawać. Jesienią i wiosną było znośnie docierać do mnie nauczycielom, bo przystanek autobusowy był bardzo blisko, autobusy bez zarzutu kursowały. Najgorzej było zawsze w zimie. Zawieje, zamiecie, zaspy, bardzo ślisko na szosach, mrozy do przebycia dla każdego z osobna nauczyciela trasa blisko 4 km. w obie strony od szkoły do mojego domu i z powrotem na piechotę. Komunikacja wówczas przez bardzo złe warunki pogodowe w ogóle nie jeździła. Dziadek, aby pójść im i mi na rękę, aby nie mieć później zaległości w nadrabianiu całego materiału, codziennie zaprzęgał swojego konia do wozu i jechał od siebie okrężną drogą (3 km.) do Szkoły Podstawowej zabierał ich do mnie do domu furmanką. Następnie w mieszkaniu cierpliwie czekał do zakończenia moich lekcji, które zwykle trwały (każda z osobna) całą godzinę zegarową. Następnie z powrotem odwoził ich w swoim zaprzęgu konnym do szkoły bądź do domu. Na koniec zwykle o zmroku powracał do siebie. Babcia Ada nigdy nie miała dla mnie wolnego czasu. Zawsze dokądś się bardzo śpieszyła, nie przepadała także przebywać we własnym mieszkaniu. Tamtego pamiętnego, marcowego dnia wolała pójść do sąsiadów na pogawędkę, byleby nie zostać ze mną sam na sam. Przed wyjściem na chwileczkę wpadła do mnie i powiedziała: Muszę iść teraz do Pomorskich po mąkę, bo sąsiad we młynie pytlował i obiecał mi, że i mi zrobi jej na święta. Zajmie mi to raptem pół godziny nie dłużej. Bardzo dobrze znałam jej te pół godziny, które często przedłużało się aż do zmroku. Więc odrzekłam do niej tylko pokornie, dobrze idź babciu , posiedzę sama i poczekam na dziadka. Gdy tak wyczekiwałam na niego nagle poczułam się bardzo głodna. W lodówce były dzień wcześniej ulepione i ugotowane przez moją mamę pierogi z serem i ziemniakami (moje ulubione), ale bardzo zimne. Przed odejściem do kościoła mówiła mi, żebym w razie czego zawołała i poprosiła o przysmażenie kilku z nich mi do zjedzenia babcię Adę. Jednak jej za bardzo się śpieszyło. Dlatego nawet mnie nie zapytała czy czegoś potrzebuję? Gdybym ją osobiście poprosiła o tę przysługę dla siebie, to na poczekaniu odparłaby mi zwykle bez zastanowienia się ,nie lubię rządzić się cudzymi garnkami, najlepiej poczekaj cierpliwie na powrót mamy. Zimą to czekanie aż przedłużało się do powrotu mamy zazwyczaj od 8-smej do 15-stej po południu, gdyż rano autobus odjeżdżał do dalszej części wsi, a po południu przyjeżdżał z powrotem pod nasz przystanek. Głód tak już mi nie dawał spokoju, że w końcu odeszłam przy chodziku do lodówki, otworzyłam ją i sięgnęłam małą rączką po lodowatego pieroga, chociaż on był zmarznięty to i tak bardzo mi smakował. Po zjedzeniu go nagle poczułam, iż jest mi mało, więc ponownie otworzyłam drzwi lodówki i drugiego wzięłam do ręki. Kiedy tak go spożywałam nagle zrobiło mi się zimno, bo nie miałam przy sobie gorącej herbaty zaparzonej do popicia. Nagle otworzyły się drzwi do mieszkania i wszedł dziadek Janek. Był ubrany w brązowe palto, oraz zielony strój ,( przypominający wojskowe ubranie). To była taka zgnita zieleń , dziadkowi podstawnie i ładnie było w tym odzieniu odświętnym. Na głowie miał owalną futrzaną również brązową czapkę. Dziadku dobrze, że przyjechałeś damką, już prawie jestem najedzona! Ogromnie ucieszyłam się na jego widok. On podszedł do mnie szybko, odebrał mi tego niedojedzonego zimnego pieroga z ręki, gdyż męczyła mnie czkawka. Nie jedz takich pierogów, bo ci zaszkodzą!!! Po czym sam otworzył drzwi od lodówki zajrzał do jej środka. Co wolisz przysmażone pierożki czy kanapkę z polędwicą? Bardzo lubiłam pierogi, ale kanapka z polędwicą, to dopiero rarytas! Pomyślałam. Dziadku, ale mama tę polędwicę kupiła na Wielkanoc. Nie kazała mi jej jeść przed świętami . Mam dziadziu ochotę na chudziutkie mięsko, ale… Dobrze dam ci polędwiczki z chlebem, a mama nie musi o niczym wiedzieć, prawda? Zapytał mnie. To będzie taka nasza, mała tajemnica. Dodał dziadek. Zrobił po jednej kanapce dla siebie i dla mnie, oraz po podaniu mi jednej z obu, usiadł sobie na tapczanie obok mnie, siedzącej na wózku. Gdy oboje spałaszowaliśmy te kanapki, zapytał mnie czy chcesz jeszcze jedną? Tak! Zrób mi dziadku jeszcze jedną kanapkę, ale sobie też! Nie chcę, dziękuję, ja już pojadłem. Wzbraniał się chwilowo przed dokładką. Sama nie będę przecież jadła. Uśmiechnęłam się do niego. Mężczyzna dokroił dwie kanapki i wrócił na tapczan. Nagle dostrzegłam, iż mój dziadek strasznie zbladł, jak pergamin! Jakby stracił momentalnie apetyt do jedzenia. Odłożył tę kanapkę na bok koło siebie i zaczął sobie rozpinać pod szyją koszulę (zaczął charakterystycznie charszczyć z powodu braku tlenu), a następnie porozpinał marynarkę. Zauważyłam także, że coraz częściej łapie się prawą dłonią po lewej stronie, tak jakby za serce. Miałam wtedy niespełna 11 lat, więc nie było mi tak trudno domyśleć się, że to może być tylko zawał serca. Co ci jest dziadku?!!! Boli cię coś?!!! Z początku nie chciał mi nic powiedzieć jak się czuje, może myślał ,że mu przejdzie? Niestety nie przechodziło dziadkowi tym razem, przeciwnie widziałam z minuty na minutę że było z nim coraz gorzej. Nie pierwszy raz tego dnia miał podobne obawy u siebie, ale będąc ze mną, bał się o mnie. Byliśmy w mieszkaniu zupełnie sami. Wcześniej wracając z kościoła na rowerze te same bardzo silne i bardzo charakterystyczne symptomy odczuwał w klatce piersiowej. Początkowo zamierzał pojechać prosto do swojego domu, gdzie nie było nikogo, bo babcia Maria razem z moją mamą na tą samą godzinę pojechały autobusem do kościoła na rekolekcje ,a dziadek nie miał sił jechać dalej do siebie. Bliżej było jemu w tamtym momencie do naszego domu, więc zawrócił „Damką” w połowie drogi. W międzyczasie kilka razy zsiadał z roweru i odpoczywał na szosie, ponieważ brakowało mu tchu. W klatce piersiowej bardzo piekło go i zarazem bolało na wylot, więc chyba nie na żarty wystraszył się? Pierwszy raz w życiu na własne oczy widziałam, jak dziadkowi z sekundy na sekundę sinieją palce i paznokcie u rąk czułam, iż szybko wpadam w panikę. Po przeciwnej stronie szosy mieszkał dziadka średni syn z rodziną, wujek Staszek, ale ja nie byłam w stanie wybiec na dwór do niego, żeby poprosić o pomoc dla dziadka. Telefonu nie było, posiadał go chyba tylko nasz sołtys we wsi. Nie mieszkał on na szczęście od nas daleko. Mam dziwny bardzo silny ucisk w piersiach i jest mi bardzo duszno. Poskarżył się nagle do mnie dziadek. Po czym zwlókł się ostatkiem sił na czworakach z tapczanu na podłogę i poczołgał się bardzo po woli w stronę drzwi wyjściowych. Otworzył je otworem i przy progu położył się na gumoleonie. Bardzo chciałam natychmiast pomóc dziadkowi, uratować go przed śmiercią!!! Babcia Adela jak na złość nie wracała od Pomorskich. Daj mi proszę zimnej wody. Odezwał się znowu szeptem do mnie dziadek. Problem w tym, że ja nie miałam dostępu do wiadra z zimną wodą, prosto ze studni. Po lewej stronie stała kupna kuchnia węglowa biało-czarna, a obok niej stał kredens. Był ustawiony przodem do ściany, a w środku między tą kuchnią a nim stało wiadro z zimną wodą. Z wózkiem inwalidzkim nie mogłam wjechać, bo do tego małego kącika mogła przecisnąć się jedynie bardzo szczupła i przede wszystkim chodząca osoba. Na szczęście na kuchni stał czajnik z przegotowaną wodą, a na brzegu kredensu stały dwa kubki aluminiowe. Chwyciłam szybko obydwa garnuszki, nalałam do jednego z nich tej parującej jeszcze wody z czajnika i zaczęłam z trzęsącymi się jak galareta rękami bardzo prędko przelewać tą wodę. Dmuchając Wystudziłam ją na tyle, że była letnia. Popłakując coraz bardziej podałam na wpółprzytomnemu jeszcze dziadkowi do napicia się. Dziadku proszę wytrzymaj jeszcze troszeczkę, nie umieraj proszę!!! Chory tylko pokiwał głową na znak, że żyje i jeszcze mnie słyszy. W tej samej chwili usłyszałam, jak otwiera i zamyka za sobą drzwi obok po prawej stronie babcia Adela. Miałam cichą nadzieję, że troszeczkę polepszy się jemu po wypiciu paru łyków przestudzonej wody. Odetchnęłam i natychmiast zawołałam ile tchu wystarczyło mi w piersiach. Babciu ratunku!!! Na pomoc!!! Dziadek coraz bardziej skarżył się na bardzo złe samopoczucie. Babciu chodź natychmiast, błagam!!! Ona chyba nawet nie zauważyła, że u mnie były drzwi otwarte. Ja letnio ubrana, zrozpaczona i wzywająca o pomoc. Gdy mnie usłyszała, wrzeszczącą w niebogłosy, wpadła nagle w złość. Do jasnej cholery dasz mi wreszcie spokój!!! Wmaszerowała nerwowo do środka naszego mieszkania, omal po drodze nie rozdeptując dziadka. Jeszcze dobrze nie przestąpiłam progu własnego domu, a ty już wrzeszczysz! Babciu nie gniewaj się na mnie, ale dziadek chyba zachorował na serce? Zobacz sama już prawie nie rusza się! Babciu błagam pobiegnij do wujka Staszka i powiedz, aby natychmiast pojechał Jawą do sołtysa zadzwonić po karetkę pogotowia do dziadka! Babcia Ada spojrzała na niego. Chwilowo uznała, że za bardzo wyolbrzymiam, robiąc z tego co zaszło z IGŁY WIDŁY. Nie wiem co jemu może dolegać, może to nie zawał serca tylko co innego? Tu znowu wpadłam w czarną rozpacz i ze łzami w oczach poprosiłam. Babciu teraz nie czas na zastanawianie się, widzisz w jakim stanie jest dziadek. Idź do wujka i powiedz, wytłumacz jemu w czym rzecz. Kobieta pochyliła się nad ciężko chorym mężczyzną. Swachu mam iść do waszego syna? Dziadek nie mógł już nic powiedzieć, otworzył oczy i na znak że jest przytomny, pokiwał tylko głową jej. Zaraz potem pobiegła do niego. Po niedługiej chwili wujek był już przy nim. Zaciągnął go na włoka do łóżka i pobiegł pojechać swoją Jawą na pomoc. Wyczekiwanie na pomoc dla dziadka Janka dłużyło mi się jak nigdy. Najpierw pojawiła się w domu zapłakana mama z tatą. W tym samym czasie koniem zaprzężonym do wozu przejeżdżał jeden z sąsiadów pan Okoń. Na podwórku zauważył, że coś niedobrego się dzieje. Przyjechał Syrenką nasz sołtys żeby odwieźć dziadka natychmiast do szpitala. My nie mieliśmy wtedy jeszcze własnego auta. Pan Okoń przyszedł do naszego mieszkania, wziął delikatnie razem z ojcem dziadka pod pachy z prawej , z lewej strony i wyprowadzili go do samochodu. Widziałam jak stopy dziadkowi bezwładnie wloką się po podłodze. Mama pojechała wraz z nim do najbliższego szpitala w Siedliszczu. Gdy wróciła okazało się, że dziadek żyje, ale lekarz ochrzanił ją za to, że za długo zwlekali z tym i przywieźli jemu żywego trupa. Ojciec mamy leżał pod tlenem i aparaturą z miesiąc, na samym początku w izolatce, potem przenieśli go do normalnej sali. Mama dziadka odwiedzała codziennie w szpitalu. O niczym nie wiedziałam ani ja, ani mój dziadek, jaką dla nas obojga przygotowano niespodziankę, kiedy nadszedł dzień wypisu jego ze szpitala. Ogromnie byłam stęskniona i pragnęłam jak najszybciej mojego dziadka ujrzeć zdrowego i energicznego. Pan sołtys ponownie pojawił się na naszym podwórku swoją Syrenką. Mama nic nie mówiąc mi, ładnie ubraną i uczesaną zaniosła mnie do auta pana Muchomora. Wyruszyłyśmy w tajemniczą nie wiadomo dokąd podróż. Byłam bardzo ciekawa dokąd mkniemy przed siebie tą Syrenką i zadawałam w kółko mamie jak zwykle mnóstwo pytań na ten temat. Mamo powiedz dokąd jedziemy? Mamusiu jak długo jeszcze będziemy jechać? Do kogo? Milczała jak grób. Pod nosem uśmiechając się do mnie. Buzia mi się w ogóle nie zamykała aż w końcu mama nie wytrzymała. Wyciągnęła z torebki czekoladowe herbatniki i dała mi je. Żeby czymś innym zająć moje myśli i wypełnić mi jakoś ten czas. Masz Lauro spałaszuj sobie te ciasteczka. Nareszcie zatrzymaliśmy się we troje przed 1-piętrowym blokiem to był szpital jak się zorientowałam po, niektórych tam ludziach poubieranych w szlafroki i piżamy. Od razu skapowałam, że przyjechaliśmy po mojego dziadka. Po paru minutach zobaczyłam jego. Wolniejszym krokiem wychodził z wewnątrz szpitalnego budynku i szedł prosto w moją stronę ,by wsiąść do Syrenki. Na twarzy nadal był blady, osłabiony chorobą, ale radośnie roześmiany na mój widok. Wsiadł do środka koło mnie się sadowiąc z tyłu po prawej stronie. Kierowcy podał na przywitanie dłoń. Potem spojrzał na mnie i rzekł ach! To i moja mała przyjechała po mnie? Tak zwykle do mnie się zwracał i o mnie mówił. Byłam dziadka Janka po prostu małą lub naszą małą Widziałam w jego oczach łzy, gdy to do mnie mówił. Z Siedliszcza pojechaliśmy do dziadka Janka i babci Marii. Powiedziałam prawdę dziadkowi. Za niedługo pojawiła się moja matka, dosiadła się z przodu do pana sołtysa i pojechaliśmy prosto do domu dziadka. Tam czekała na nas babcia Maria ze smacznym obiadem i pościelonym łóżkiem dla dziadka. By mógł się na nim położyć i wypocząć. Wtedy zostałam u nich kilka dni, były to zwykle koniec piątku, sobota i niedziela. Później zwykle wracałam do rodziców, bo czekały mnie obowiązki szkolne. Mąż jej długo jednak wtedy nie wypoczął sobie i nie poleżał w łóżku , jak się tego ona sama spodziewała. Za oknem było pięknie, w pełni wiosna. Coraz cieplej i słonecznie przez co dziadek Janek będąc rolnikiem zaczął się denerwować tym, że nie zdąży posiać wszystkich zbóż, posadzić ziemniaków na czas itd. Po jednym dniu wylegiwania się powiedział do babci wprost mam dość tego ciągłego leżenia w łóżku, mało że w szpitalu do tego mnie przymuszano, to jeszcze i we własnym domu! Musiał po woli dochodzić do siebie, a to wymagało nieco upływu czasu. Musiał bardzo uważać na siebie przede wszystkim nie przeforsowywać się, nie denerwować, gdyż po tamtym 90% bardzo ciężko przebytym zawale serca lekarz sam był bardzo zaskoczony, że przeżył . Zawdzięczał to własnemu bardzo silnemu organizmowi, nigdy nie chorując i nie będąc przedtem w szpitalu. Owszem z tego co pamiętam, to mój dziadek bardzo cierpiał na ból zębów, ale panicznie bał się dentysty, więc wolał cierpieć nie mogąc spać po nocach, niż pojechać do stomatologa i usunąć zęba ze stanem zapalnym. Podczas nieznośnego bólu w nocy siadał na rower i jeździł na nim do białego rana po szosie. Ewentualnie robił sobie płukanki z denaturatu, trzymając denaturat w jamie ustnej i po pewnym czasie wypluwając ją z ust. Dziadek miał też kiedyś wyrwaną rękę ze stawu barkowego, nie wiem jak to się stało, ale potem przez długie lata ta ręka wypadała jemu w miejscu ramienia. Zdarzało się to najczęściej wtedy, gdy raptownie podniósł do góry coś bardzo ciężkiego tą ręką albo np. poszedł przepalować na łące konia, krowy i, któreś nagle spłoszyło się i szarpnąwszy łańcuch pociągnęło nagle w swoją stronę jego galopując w pogoni. Dziadek nieraz z bólu tarzał się po trawie, próbując nastawić swoją bardzo mocno bolącą rękę na swoje miejsce, tracąc chwilami całkowicie przytomność. Czasami babcia Maria jemu w tym pomagała jak była obecna cucąc go przy tej czynności. Gnaty już mnie bolą od tego! Janek posłuchaj proszę to dla twojego dobra, musisz uważać na siebie. Prosiła go żona. A on do niej odejdź, bo wezmę bata i ci przyłożę! Ubrał się i wyszedł wtedy do obory, do stodoły, na pole. Babcia bardzo przeżywała dziadka nieobecność w mieszkaniu. Wyglądając go co róż przez okno ,lub wychodząc na dwór za nim. Był on bardzo nerwowym człowiekiem, lecz nie uderzyłby własnej żony, ale ona po prostu nie chciała, żeby rozchorował się wpadając w furię. Nie mieli wtedy konia, bo ten co zwał się kasztan w zimie dostał nagle ochwatu i padł. Dziadek pożyczył go wtedy mojemu ojcu, nie pamiętam do czego ten koń był tacie wtedy potrzebny. Biedne stworzenie nagle rozchorowało się, nie był w stanie nawet pomóc jemu weterynarz. Potem dziadkowi marzył się młody i silny rumak, chociaż Kasztan nie był stary, miał dopiero ze 7 lat. Niejednokrotnie wieczorem przy kolacji rozmawiali o tym oboje. Babcia Maria za wszelką cenę starała się go odwieść od tego pomysłu kupna młodego źrebaka. Janek z twoim stanem zdrowia najbardziej odpowiedni koń dla ciebie byłby starszy, wolniejszy, przyzwyczajony do ciężkiej pracy w polu, do zaprzęgu, nie bojący się samochodów. Młodemu trzeba mnóstwo czasu wolnego poświęcać. Żeby do tego systematycznie go przyzwyczaić, nauczyć to już nie na twoje nerwy. Młode, głupie jeszcze. My oboje niedługo przejdziemy na rentę rolniczą, to co ty zrobisz potem z odchowanym, młodym, oswojonym koniem? Jak cię znam sprzedać ci będzie żal za marne parę złotych, za darmo komuś go przekazać tym bardziej będzie ci szkoda. Dziadek bez konia to jak bez prawej ręki. Tato miał co prawda traktor i chętnie przyjeżdżał do niego np. coś zaorać w polu itd. Starał się te prace jak najlepiej wykonać, lecz tuż po odjeździe mojego ojca na traktorze, dziadek zaraz szedł w pole, aby koniecznie sprawdzić skończoną pracę i ocenić ją. Niestety dziadek nie był przekonany do nowoczesnego gospodarzenia przy użyciu najnowszych maszyn rolniczych. Najczęściej pożyczał od sąsiada konia i poprawiał całą orkę po swojemu od nowa. Babcia Adelajda miała szkapę o białej maści, która była wysoko źrebna. Chciała się jej pozbyć, gdyż nie dawała rady pracować w tym odmiennym stanie w jej gospodarstwie rolnym, szybko męcząc się, ani nie mogła niczego zbyt ciężkiego ciągnąć na wozie. Przy okazji namówiła swojego swacha, żeby ją od niej odkupił sobie. Kobyła gdyby nie to, że spodziewała się źrebięcia, była z natury bardzo spokojna i pracowita. Dziadek do oźrebienia się bardzo dbał o nią i doglądał jej codziennie. On w dalszym ciągu nie wyprowadzał szkapy brzemiennej do robót nadmiernie wysiłkowych, obawiając się, że mogą jej bardzo zaszkodzić. Babcia Ada nigdy nie kupiła sobie już drugiego konia. Natomiast dziadek doczekał się wkrótce bardzo ślicznej czarnej jak węgiel źróbki, która tak jakby miała białe skarpetki na pęcinkach, a na swoim czole nosiła białą gwiazdę. Rodzice mojej mamy wprost z tego powodu nie posiadali się ze szczęścia. Wszyscy sąsiedzi im zazdrościli tak pięknego źrebięcia. Radość i szczęście babci Marii i dziadka Janka nie trwało jednak zbyt długo, bo źróbka okazała się przeciwieństwem swojej matki. Była bardzo krnąbrna, bardzo uparta i złośliwa płochliwa z byle powodu. Panicznie lękała się np. samochodów nieraz potrafiła ze strachu przed jadącym z na przeciwka autobusem, stanąć dęba znienacka na tylnych kopytach dziadkowi i wywrócić go z wozem prosto do rowu przy szosie. Nie cierpiała również gdy dziadek zaprzęgał ją do wozu. Dłużej zawsze zajmowało jemu to przygotowywanie jej do wyjazdu i po powrocie np. z kościoła, ze sklepu odprzęganie jej z wozu, niż sam dojazd na samo miejsce w obie strony. Była nieujarzmiona, nie można było jej przekonać ani dobrocią, ani batem często rzucała się na dziadka z kopytami i zębami, chcąc go ugryźć. Musiał nieraz bardzo uważać na siebie, żeby go przypadkiem nie kopnęła. Wujek Zygmunt najstarszy brat mojej mamy i jego żona ciocia Krystyna , wzięli potem sobie białą kobyłę od dziadka. Wujek miał własną wielodzietną rodzinę i mieszkali w siódemkę na wsi. Agata i Mariusz byli bliźniakami o 3 lata starszymi ode mnie. Tomek był w moim wieku, Sylwia była ode mnie młodsza o 5 lat, a Wioletta o 9 lat. Nie chował także nigdy najmniejszego żalu do swoich rodziców, że najwięcej poświęcali mi właśnie swojej szczególnej uwagi czasu wolnego, niż swoim wnukom z jego strony. Był niezwykle dobrodusznym człowiekiem i wyrozumiałym. Mówię był, bo już nie żyje od blisko 19 lat. Zachorował nagle w wieku 43 lat, lekarze uznali, że to jest rozedma płuc palił dużo papierosów, a po śmierci 10 stycznia 1990 r. podczas sekcji zwłok lekarze stwierdzili u niego wrodzoną wadę serca. Dziadek z sąsiadem w końcu zamienili się końmi. Tamten wziął od niego źróbkę, a on od niego konia o maści kasztanowej. Grzywkę, ogon i pęciny miał czarne a wabił się Gniady. Na przełomie października a listopada w 1983 r. moi rodzice sprzedali gospodarstwo rolne i kupili w osadzie oddalonej od tamtejszej wsi, gdzie spędziłam pierwszych 11 lat swojego życia o 19 km. dom wolnostojący murowany z kamienia 3 pokoje z kuchnią. Mieścił się on bardzo blisko stacji PKP i przystanku autobusowego. Wszędzie było tam bardzo blisko. Dziadek z babcią byli bardzo szczęśliwi, że nareszcie jesteśmy na swoim. My również! Tutaj na nowym miejscu Szkoła Podstawowa była bardzo bliziutko naszego nowego domu, bo po przeciwnej stronie drogi żużlowej za blokiem 4-piętrowym. Głównym naszym powodem zmiany miejsca zamieszkania, jak już o tym opisałam wcześniej była zbyt duża odległość 4 km. od szkoły, ale nie tylko u babci Adeli było dla nas trojga za ciasno. Dziadek Janek od razu z ciekawości pojechał wieczorem ze mną i mamą, obejrzeć dokładnie naszą nową posiadłość. Został wtedy u nas kilka dni. Posprzątał mamie na strychu, na podwórku, ogród z różami doprowadził do ładu. Zawsze bardzo miło wspominam tamtych kilka dni z dziadkiem sam na sam spędzonych, bo mama pojechała na stare miejsce do wsi, miała tam jeszcze parę spraw do załatwienia. Gdy wróciła do domu było mi smutno, że muszę znowu z dziadkiem się rozstać, gdyż musiał wracać autobusem do swojego domu. Przedtem mieszkaliśmy od siebie znacznie bliżej przez polną drogę dzięki czemu on co dzień przyjeżdżał do moich rodziców nawet o 5-tej, 6-stej rano. Zbliżało się właśnie Święto Wszystkich Świętych, na które jak zwykle zaprosili nas do siebie babcia z dziadkiem do siebie. Tato zwykle pracował do końca, więc dziadek przyjechał sam autobusem i zabrał się następnym ze mną i mamą. Byłam wtedy u niego i babci ze 3 dni. Nic nie przeczuwając nawet, że to były zarazem moje, nasze ostatnie razem wspólnie spędzone w świątecznym nastroju chwile. Na początku listopada 1983 r. oboje rodzice mamy, odwieźli nas obydwie pierwszym autobusem do naszego domu, który na miejsce przyjeżdżał codziennie o godz. 12:30. Następny był o godz. 15:30. Wtedy ostatni raz w życiu widziałam swojego dziadka przy życiu. Ich autobus z powrotem odjeżdżał do wsi o godz. 19:30 wieczorem. Babcia Maria z początku nalegała, aby wrócić z dziadkiem jakoś okrężną trasą najpierw do Lublina, a potem stamtąd autobusem do siebie. Jednak mi udało się uprosić ich żeby pobyli jeszcze do wieczora. Przed wyjściem na przystanek autobusowy, dziadek kilka razy po kolei odchodził do drzwi wyjściowych i wracał się do mnie, ponownie żegnając się ze mną, całując i ściskając mnie na przemian tak jakby na zawsze. Myślę, że miał wtedy bardzo dziwne przeczucie, że widzimy się ostatni raz w życiu. Babcia dosłownie nie mogła go oderwać ode mnie. Denerwując się, iż ucieknie im ostatni autobus. Janek no chodź już, bo spóźnimy się na autobus do domu! Idę, idę, ale muszę pożegnać się przecież z naszą małą i ucałować ją. Boże jaka ja wtedy byłam durna! Nigdy nie zapomnę wypowiedzianych całkiem niepotrzebnie tamtych paru słów z moich ust prosto do niego. Do dzisiaj dręczą mnie wielkie wyrzuty sumienia co do tego. Po co mi to było?! Zaigrałam sobie, żartując ze śmiercią. Przerwy żegnając się ze mną, jakbyś miał zaraz umrzeć? Dziadek po raz ostatni uśmiechnął się do mnie i odrzekł. Trudno jest mi się z tobą Lauro rozstawać na dłużej, gdyż będę ogromnie tęsknić za tobą! . Już zaczyna mi się przykrzyć bez ciebie. No i odjechali tamtego wieczora. Kilka dni potem w sobotę 12 listopada 1983 r. dziadek podczas zwożenia siana od siebie do wujka Staszka nagle po południu u niego na podwórku poczuł się bardzo źle i zasłabł . Zanim przyjechała karetka pogotowia udzielić mu pomocy było już za późno. Nie żył doznał bardzo rozległego wylewu. Matka mojej mamy na wieść o dziadka śmierci Miał dopiero 59 lat. Jak na ironię losu tego samego dnia wieczorem listonosz przyszedł z pierwszą rentą rolniczą dla niego i babci Marii. Kiedy dowiedział się, że on nie żyje, wypłacił tylko babci pieniądze. Babcia na wiadomość o śmierci dziadka również wylądowała w szpitalu. Później przeprowadziła się na stałe do nas do Trawnik. Przemieszkała z nami 12 lat. Zmarła również na wylew 22 kwietnia 1995 r. Kiedy zbliża się co roku Święto Zmarłych zawsze myślę o nich. Powracają wspomnienia z przeszłości. Byli dla mnie drugimi rodzicami.
|
Dzisiaj stronę odwiedziło już 15 odwiedzający (27 wejścia) tutaj!
|
|
bądź moim tul (i) panem...♥
zostań i bądź
moim tulipanem
a ja będę ci
różą bez kolców
tylko moim bądź
tego pragnę
przytul mnie
mocno do siebie
niech nie będzie
mi tak zimno dłużej
to nie ujemna temperatura
a samotność tak oziębła
całą mnie oblewa
bezgraniczny strach,
że zostanę znów
samotną bez ciebie
nie chcę być
przez całe życie
jeżem z kolcami
bez przerwy się bronię
zostań i bądź
moim tulipanem
rozgrzej serce
do czerwoności
niech będzie ono
koloru płatków róży i tulipana
bardzo gorące i pąsowe
nawet jeśli zadrżę
nie przejmuj się tym
to tylko chwilowy dreszcz
to będzie znak
że otrzymałam szansę
na wyzwolenie się
spod więzów oporu
przełamując w oczach
pogrążenie w strachu i rozpaczy
które były kajdankami
dla mnie od dawien dawna
wykorzystywane i powielane bez zgody autora- assandi .
(Dz.U. 1994 nr 24 poz. 83 z późn. zm.)
|
|