Będę wszystkim...czym chcesz Kocim prążkiem na Twym kocu. Długim włosem puszystego futra. Szeptem na kolanach Twych mruczenia. Chciałabym być… Ciepłym kłębkiem wełny swetra. Na Tobie… aby poczuć każdy milimetr, Twojego ciała abyś popijał mnie W postaci gorącej czekolady. W długie wieczory zimowe. Nosił mnie na głowie dumnie. Jak koronę gdybym tylko była czapką. Mogłabym być np…. Grubym warkoczem co w mróz Rękom Twoim posłuży za mufkę. Kiedy rękawic przy sobie nie masz. Chcę być... kotem, którego lubiąc, Tulisz w Swe ramiona po powrocie Do domu...
     THOMASOWI ANDERSOWI - FANKA
     Kontakt
     Księga gości
     BLOGI LITERACKIE
     LINKI
     FELIETON pt: OLIVIA
     Ze wspomnień... pt: DZIADEK JANEK
     W ZACISZU INTYMNOŚCI
     TROPEM ŻYCIA
     POEZJA SERCEM PISANA
     Z LITERATURĄ NA TY
     PODWÓJNE OBLICZE PRZYJAŹNI
     CIENIE WOLONTARITU
     SASZA
     ŚLADAMI ŻYCIA I UCZUĆ…
     POMIĘDZY SNEM A RZYCZYWISTOŚCIĄ
     Miłość wszystko przezwycięży
     BUSKO-ZDRÓJ
     POEZJA JEST POKARMEM DLA DUSZY
     ROZMAITOŚCI
     LANDRYNKA 1
     LANDRYNKA 2
     LANDRYNKA 3
     LANDRYNKA 4
     LANDRYNKA 5
     LANDRYNKA 6
     LANDRYNKA 7
     LANDRYNKA 8
     LANDRYNKA 9
     LANDRYNKA 10
     LANDRYNKA 11
     LANDRYNKA 12
     MICHAEL'OWI JACKSON'OWI
     Proroczy sen
     ROMANTICA - NIECHCIANE SERCE
     KOPCIUSZEK I TRĘDOWATA
     PROZA ŻYCIA 3
     PROZA ŻYCIA 1
     SPONTANICZNIE W CHWILI NATCHNIENIA
     WE WNĘTRZU UKRYTE
     MÓJ PRZELOM
     PROZA ŻYCIA 4
     PROZA ŻYCIA 5
     PROZA ŻYCIA 6
     PROZA ŻYCIA 7
     PROZA ŻYCIA 8
     PROZA ŻYCIA 9
     PROZA ŻYCIA 10
     PROZA ŻYCIA 11
     PROZA ŻYCIA 12
     PROZA ŻYCIA 13
     PROZA ŻYCIA 14



BARWY UCZUĆ - CIENIE WOLONTARITU


Zawartość nowej stronyByła wczesna wiosna 20002 r. Do nawiązania kontaktu z naszym Centrum Wolontariatu w Lublinie zaczęła pierwsza mnie namawiać nikt inny jak moja mama. Miałam bardzo mieszane uczucia na ten temat, bo o wolontariacie tyle wokoło się bębni w telewizji i w radiu. Z tak wielkim zaangażowaniem i zachwytem! Wiedziałam, że ona nigdy nie chce dla mnie źle. Na samym wstępie był tylko jeden, jedyny problem, jak dla mnie nie taki prosty do natychmiastowego rozwiązania. Komputer miałam, ale nie było Internetu, skąd wziąć miałam adres pocztowy bądź numer telefonu do Centrum Wolotariatu? Napisałam list z prośbą o niego do redakcji INTEGRACJI i w niedługim czasie otrzymałam stamtąd niezbędnie potrzebny mi dokładny adres, wraz z numerem telefonu do wolotariatu lubelskiego. Przez kilka minut zastanawiałam się nad tym czy lepiej będzie zadzwonić osobiście pod wskazany nr. tel., czy po prostu napisać długi, szczery list? Nagle poczułam, że brakuje mi odwagi na rozmowę telefoniczną. Dlatego sięgnęłam po kopertę, zaadresowałam ją pod wskazany adres i skreśliłam bardzo obszerną korespondencję o tym, że jestem jedynaczką niepełnosprawną ruchowo na 1 grupie, prowadzącą siedzący tryb życia, raczej osamotniony. Bardzo zależało mi jedynie, aby ktoś chętnie do mnie czasami w wolnej chwili przyszedł do domu, mniej więcej w podobnym wieku do mojego, porozmawiać o wszystkim i o niczym, pożartować i pośmiać się. Nic poza tym więcej… W swoim liście podałam swój adres i numer telefonu do szybkiego skontaktowania się ze mną. Nazajutrz gdy listonosz zadzwonił domofonem, tradycyjnie już zabrał z sobą z naklejonym znaczkiem pocztowym zaadresowaną korespondencję ode mnie do wysłania na poczcie. Moja mama była zdania, mówiąc mi to prosto w oczy. – Lauro to, że przebywasz ze mną i ojcem bez przerwy przez 24 godziny na dobę, czasami przyjdzie do nas ktoś od sąsiadów w starszym wieku, to nie to samo dla młodej dziewczyny jak ty. Musisz mieć kontakt ze swoimi rówieśnikami! Niestety miała rację, nie mogłam temu matce zaprzeczyć. Chciałam czy nie, musiałam jej to słusznie przyznać. Nie mogłam się długo doczekać odpowiedzi telefonicznej w swojej sprawie od Centrum Wolotariatu, mijały dni, tygodnie, miesiąc a tu zupełna cisza. Zwątpiłam całkowicie w jakikolwiek pozytywny odzew. Aż wreszcie pewnego dnia zadzwonił na moim biurku telefon. Był kwiecień. Instynktownie podniosłam błyskawicznie słuchawkę telefoniczną i zapytałam wprost:- słucham? –Dzień dobry, nazywam się Dorota Gołębiowska, dzwonię z Centrum Wolontariatu w Lublinie. Usłyszałam w przez telefon głos przesympatycznej dziewczyny. –Czy mogę poprosić do telefonu Laurę Żakowską? – Dzień dobry! Bardzo mi miło, to ja we własnej osobie! Odparłam jej. –To świetnie otrzymałam twój bardzo długi list, który przeczytałam bardzo uważnie. Na razie cały sęk w tym, że nie ma wśród wolontariuszy odpowiedniej osoby, która chętna byłaby do ciebie przychodzić, by tobie potowarzyszyć i porozmawiać z tobą. Na razie szukamy i czekamy na zgłoszenie się takiego właśnie kogoś dla ciebie odpowiedniego. Troszeczkę to potrwa, tymczasem jeżeli nie zrezygnowałaś jeszcze, to może umówię się z tobą na wstępne spotkanie? Spytała mnie. –Tak, tak oczywiście bardzo chętnie!!! Wykrzyknęłam z radością w głosie. – W takim razie będzie ci odpowiadać najbliższy poniedziałek popołudniu o godzinie 15-stej? Zaproponowała mi Dorotka.

-Tak oczywiście jak najbardziej, pasuje mi każdy dzień na tygodniu, oprócz sobót i niedziel. W weekendy wyjeździłam letnią porą wraz z rodzicami na wieś do dalszej rodziny albo kiedy pogoda dopisuje na dworze, wtenczas jeździmy nad wodę. –No to jesteśmy umówione po niedzieli na 15-stą! Kiedy przyjadę do ciebie na spokojnie omówimy ten temat, przy okazji wypełnię niezbędny do tego formularz. Po czym pożegnałyśmy się wzajemnie. Gdy nadszedł ten upragniony przeze mnie poniedziałek i umówiona godzina na zegarze, domofon z telefonem jakby z sobą byli w zmowie, ani jeden , ani drugi drgnął. Siedziałam jak na szpilkach, oswajając się z tą myślą, że dziewczyna z wolontariatu jak zwykle nie pierwsza i nie ostatnia w moim życiu zrobiła mnie w konia. Dochodziła już 15:30, gdy zadźwięczał telefon. Natychmiast odebrałam go. –Tak słucham?! –To ja Dorota, bardzo przepraszam cię. Na pewno się dzisiaj spotkamy, ale nieco potem będę np. o 16-stej z minutami. Po prostu zatrzymały mnie sprawy związane z wolontariatem. –Dobrze, że dryndnęłaś , bo po woli zaczynałam się martwić, O.K że nic się nie stało. Nie przedłużając rozmowy telefonicznej z Dorotą, dodałam :-to czekam na ciebie! Po raz drugi o umówionej godzinie zadzwonił domofon, który odebrała moja mama. To była Dorota. W moim pokoju pojawiła się dość wysoka i smukła uśmiechnięta ciemna blondynka. Włosy miała długie splecione w warkocz. Weszła do mojego pokoju, przywitała się ze mną bardzo serdecznie, tak jakbyśmy znały się nie od dziś i usiadła na fotelu obrotowym naprzeciwko mnie. Nie spuszczając ze mnie wzroku ni stąd ni zowąd z pełnią prawdziwego zachwytu obsypała mnie samymi komplementami. Co dla mnie było bardzo dziwne, ponieważ nigdy wcześniej nie słyszałam prosto z ust dziewczyny, np. tylu pochwał. –Jaką ty jesteś fajną i piękną dziewczyną!... itd. Nie byłam zwykle przyzwyczajona do prawienia mi komplementów przez dziewczynę. Ogromnie to speszyło mnie, na twarzy zrobiłam się purpurowa jak burak. Bardzo interesowało mnie funkcjonowanie Centrum Wolontariatu. Dowiedziałam się od Doroty, że wolontariusze chodzą przeważnie do ludzi potrzebujących natychmiastowej pomocy. Są to w większości zniedołężniali staruszkowie, którym trzeba w domu, uprać, ugotować coś do zjedzenia, posprzątać, pomóc im się wykąpać albo umyć, ubrać itd. Ona jak sama mi wyznała, że chodzi 2 razy dziennie do starszej pani po wylewie, która obłożnie leżała w łóżku. Wolontariat zajmuje się także pomaganiem w odrabianiu prac domowych ze szkolnych przedmiotów dzieciom i młodzieży głównie z Domów Dziecka. Organizuje im ferie czy wakacje przyjemnie spędzone w świetlicach. W duchu pomyślałam sobie, że chyba nie potrzebnie będę komuś zabierać ten drogocenny czas dla bardziej potrzebujących osób wsparcia z ich strony? Czasami zostawałam sama w domu, gdyż rodzice wychodzili na miasto coś bardzo ważnego załatwić bezzwłocznie. Dlatego zapytała Dorotkę. -Po czym rozpoznam swoją wolontariuszkę, czy swojego wolontariusza, gdy pojawi się przed drzwiami mojego mieszkania w chwili nieobecności moich bliskich w domu? Dziewczyna odparła mi:- ta osoba dostanie od Centrum Wolontariatu twoje personalne, wraz z numerem telefonu. Byłam zdziwiona nieco.-A przy sobie wolontariusze nie posiadają np. żadnych indyfikatorów? - Nie. Odrzekła mi krótko Gołębiowska. Ewentualnie przed wybraniem się do ciebie, najpierw przedzwoni ten ktoś do ciebie i umówi się z tobą na spotkanie w konkretny ddzień tak jak ja. Dorotka następnie zabrała się za wypełnianie formularza. Notując w dalszym ciągu udzielała mi niezbędnych informacji.-Gdyby np. ktoś ci nie przypadł do gustu, masz prawo Lauro do nas zadzwonić i poprosić o zmianę osoby. Jakby np. w stylu bycia coś nie pasowało tobie u niej albo jej w tobie, wasz światopogląd bardzo się różnił. Wtedy możesz śmiało telefonować i prosić o zmianę. – Z natury jestem bardzo ugodową i bezkonfliktową osobą, która potrafi pójść na kompromis. Natychmiast uspokoiłam ją.- Nie wątpię w to, widać to po tobie, że jesteś spokojna i opanowana. Potwierdziła moja rozmówczyni. –Dorotko właściwie, gdyby tak z czasem stało się, że mój i wolontariuszki lub wolontariusza charaktery zupełnie z sobą nie zgrywają się, to przecież dzwoniąc do Centrum Wolontariatu z prośbą o zmianę osoby, uczynię ze swej strony wielką przykrość temu człowiekowi, poświęcającemu swój wolny czas mi. Poza tym nie chciałabym w ten sposób zyskać sobie w tej osobie wroga aż po grobową deskę. Blondynka z warkoczem uśmiechnęła się do mnie. –Każdy z wolontariuszy decydując się i podejmując się wstąpienia do nas, musi liczyć się z tym i być zarazem gotowy w każdej chwili na zmiany. Z tego co mi wiadomo, to nikt z wolontariuszy nie przejmuje się aż tak poważnie telefonami od swoich podopiecznych z takimi prośbami, jak ty Lauro? W Centrum Wolontariatu traktuje się tę sprawę za coś zupełnie naturalnego. – Mam cichą nadzieję, że nigdy los nie postawi mnie właśnie w tak niezręcznej sytuacji? Wolałabym nigdy nie zmieniać nikogo z wolontariuszy na kogoś innego. Stanowczo sobie zastrzegłam. Bardzo zależy mi, żeby ta osoba, która zgłosi się do mnie u was była w miarę odpowiedzialna, rozmowna a nawet bardzo. Dorota w formularzu wpisała dużymi drukowanymi literami: GADUŁA.- Tak? Zapytała, aby się upewnić. Spojrzałam na nią uważnie. Wiesz co a może ty Dorotko zgodzisz się do mnie przychodzić? Poznałyśmy się już dość dobrze przez 2 godziny rozmowy. Nie wiem jak ja na tobie, ale ty na mnie wywarłaś bardzo przyjemnie pozytywne wrażenie. Zaproponowałam jej bez namysłu. Mile zaskoczona znowu obdarzyła mnie uśmiechem . –Z wielką ochotą chciałabym cię odwiedzać, ale niestety jak wcześniej ci nadmieniłam, mam tak swój grafik w ciągu dnia wypełniony u tej staruszki: pomagam jej w toalecie i karmię ją, na dodatek nie mieszkam w Lublinie, ale w Krasnym Stawie. Codziennie dojeżdżam tutaj, zajmuję się formalnościami urzędowymi w naszym biurze i jestem w trakcie pisania pracy magisterskiej. Nie zaprzeczam temu, że w lecie może w sierpniu, postaram się jeszcze wpaść do ciebie Lauro z przyjemnością, kiedy znajdę tylko troszeczkę wolnego czasu dla siebie. Odparła mi Dorota. Nasza pogawędka w 4 oczy przedłużyła się niemal, że do 4 godzin. Bardzo polubiłam tą dziewczynę i w głębi duszy ogromnie żałowałam tego, że w przyszłości nie będziemy mogły tylko z sobą spędzać wolne chwile. Znałam ją zaledwie z dwóch rozmów telefonicznych i jeden dzień. Dorotce również twarz spochmurniała z powodu tych wymienionych przez nią argumentów przeciwko moim z nią spotkaniom, choć raz w tygodniu . Po chwili wspólnego milczenia Dorota znów odezwała się do mnie.- Postaram się wcześniej uporać z napisaniem swojej pracy magisterskiej. Kiedy wyrobię się z tym zawczasu, to wtedy zadzwonię do ciebie i umówimy się na kolejne pogaduszki. Musisz troszeczkę uzbroić się bardziej w cierpliwość. W między czasie moi rodzice zgłosili do sprzedaży nasze mieszkanie własnościowe w biurze nieruchomości i w gazecie „Anonse”. Powód tego był taki, iż mieszkaliśmy w bloku 4-piętrowym na 2 piętrze bez windy. Stare, komunalne budownictwo gdzie figurowała Wspólnota Mieszkaniowa. Podpatrzyłam w telewizyjnym programie „Integracji” na 3-ce, windę towarową z balkonu, która również w życiu bardzo przydałaby mi się. Nie zastanawiając się za wiele napisałam podanie z prośbą do Administracji o zrobienie mi takiej windy z 2 piętra. Nasz balkon z mojego pokoju wychodził na podwórze. Gdy dowiedzieli się o tym nasi byli sąsiedzi, nie wyrazili zgody bardzo protestując. Prawie wszyscy z nich byli już w wieku znacznie zaawansowanym. Jedna z sąsiadek powiedziała mi prosto w oczy bez ogródek, iż zawracam głowę duperelami poważnym ludziom, którzy zajmują się znacznie bardziej ważnymi sprawami i rzeczami, niż w moim przypadku. Przy tym zwymyślała mnie od idiotek, pukając się mi prosto w czoło. W sprawie prośby swojej w ogóle nie otrzymałam żadnej odpowiedzi pisemnej. Moja mama osobiście pofatygowała się pójść do Administracji, to odpowiedziano jej iż nikt nie potrafi odpowiedzieć mi na piśmie na tą moją prośbę, nawet odmownie. Innego wyjścia nie było jak tamto mieszkanie na 2 piętrze sprzedać i kupić drugie na parterze albo gdzieś w wieżowcu z windą, bądź po prostu zamienić się wspólnie z kimś. We Wspólnocie Mieszkaniowej bardzo ciężko sprzedają się mieszkania, ze względu na bardzo częste i liczne remonty, tam będąc właścicielem własnościowego np. M-2 płaci się od najdrobniejszych napraw do największych z własnego zasobu pieniędzy. Czynsze i opłaty za gaz, centralne ogrzewanie i wodę swoją drogą wzrastają… Pewnego pięknego, czerwcowego dnia zadzwonił na biurku telefon. Gdy go odebrałam od razu rozpoznałam głos Doroty.

-Cześć! To ja Dorota. Dzwonię do ciebie Lauro, ponieważ zgłosiła się chętna koleżanka na spotykanie się z tobą. Na samą wieść o tym ogromnie się ucieszyłam. –Stoi koło mnie w tej chwili, jak chcesz to oddam jej zaraz słuchawkę? – Tak bardzo proszę! Odparłam entuzjastycznie. Chwileczkę potem odezwała się do mnie inna dziewczyna. –Cześć. Mam na imię Ewa. Gdy usłyszałam ją po raz pierwszy , odniosłam bardzo dziwne wrażenie. Wydała mi się osobą bardzo zdystansowaną i dość chłodną. Bardzo różniła się od Doroty. Może jednak pozory miłą? Pomyślałam sobie w duchu. –Bardzo mi miło. Odrzekłam z grzeczności. Jestem Laura. –To może umówmy się po staremu co poniedziałek po południu o 15-stej raz w tygodniu, jak była u ciebie Dorota? –O.K. kiedy tobie pasuje. Przystałam na Ewy telefoniczną propozycję. W ten dzień gdy Ewa przyjechała pierwszy raz, moje przypuszczenia niestety potwierdzały się. Nadal nie byłam pewna czy dobrze zrobiłam. Przede wszystkim bardzo mało i powierzchownie opowiadała mi o samej sobie . Tyle co nic dosłownie. Ona wiedziała w jakim jestem wieku, gdzie mieszkam, jak mam na nazwisko. Natomiast ja o niej kompletnie nic, poza tym iż miała na imię Ewa. Była szczupłą, wysoką brunetką. Urodę miała troszeczkę azjatycką, włosy czarne, proste do ramion sięgające. Jak i to dowiedziałam się od niej, że uczęszcza do szkoły plastycznej, oraz na kurs tańca Flamenco. Jeżeli to w ogóle było prawdą? Talent do rysowania Ewa jednak miała, bo raz na komputerze narysowała mi za pomocą myszy profil tak jakby twarzy. Nie wiem czemu nie chciała nigdy wyjawić mi ile ma lat, jak ma na nazwisko, gdzie mieszka?... Bardzo skrzętnie unikała obszerniejszego tematu o swojej rodzinie tzn: o mamie i ojcu. Była niby podobnie jak ja jedynaczką, mieszkała razem z matką. Ojciec raz nadmieniła, że nie żyje. W końcu nie mogłam zmusić jej do tego siłą mocy, ale czy takiej osobie można zaufać, otworzyć się samej przed nią? Miałam już niezłą nauczkę od Kingi. Moja mama podpowiadała mi, żebym nalegała przed Dorotą na wolontariusza dla siebie. -Chłopak zawsze silniejszy, wyprowadziłby mnie na wózku inwalidzkim na spacer. Właściwie głupio było mi od razu tak zdecydowanie prosto z mostu, powiedzieć Dorocie przy wypełnianiu przez nią formularza: -słuchaj Dorotko ja nie chcę wolontariuszki, wolałabym raczej wolontariusza. Nie śmiałabym, bo może zabrzmiałoby to z moich ust dziwnie, bardzo podejrzliwie? Jakbym szukała dobrej okazji do randek z kimś. Nie chciałam, żeby Dorota w ten o to sposób na mój temat sobie pomyślała. Ewa jedynie bez słowa sprzeciwu podała mi swój numer telefonu tak na wszelki wypadek w razie potrzeby. Mimo wszystko byłam bardzo zadowolona, że z nią łatwiej znajdę wspólny język, oraz bardzo dużo ciekawych tematów do rozmowy. Gawędziło mi się z wolontariuszką przy pierwszym spotkaniu niczego sobie. Gdy tylko Ewa była u mnie, czas upływał mi jak z bicza trzasnął, a tematy jak jej tak i mi nigdy nie kończyły się. To fakt moja wolontariuszka należała do grupy osób bardzo wnikliwych i dociekliwych, jeżeli chodzi o sprawy osobiste: dotyczące wychodzenia za mąż, macierzyństwa itd. czasami wręcz intymne. Jak na ironię losu ta dziewczyna bardzo lubiła zaskakiwać mnie takimi tematami, wtedy gdy byłyśmy same w pokoju, bądź w moim domu. Bardzo krótko znałam ją, żeby szczerze odpowiadać jej jak na spowiedzi na pytania skierowane do mnie. Pamiętam jak przy pierwszej pogawędce z Ewą, piłam Cocacolę. Nagle ona do mnie: - czy chciałabyś mieć kiedyś dzieci w przyszłości? Kiedy to usłyszałam z jej ust. Ni stąd, ni zowąd zachłysnęłam się gazowanym napojem w szklance. W pierwszym momencie miałam ochotę nieźle tą zbyt ciekawską dziewuchę ochrzanić! Nie dość, że dosłownie zaskoczyła mnie aż taką śmiałością, to jeszcze ogromnie speszyłam się przez tą wolontariuszkę. Kłamać nie znoszę, powiedzieć prawdę było mi bardzo trudno. Tym bardziej bardzo trudno było mi rozmawiać wprost z nią, o tym jakie było moje życie osobiste i o moich byłych chłopakach. Obawiałam się okazać od razu Ewie ze swojej strony całkowitą szczerość aż do bólu. Bardzo starałam się zaobserwować uważnie ,jak ona w bardzo podobnych sytuacjach się zachowuje, odpowiadając mi na trudne pytania do niej skierowane z mojej strony. Postanowiłam być troszeczkę przebieglejsza i wziąć z Ewy przykład. Użyłam jej własnej tajemniczej broni. –Co ci się stało? Spytała mnie ponownie Ewa. Ja widząc gwiazdy przez własnymi oczami, poczułam jak popłynęły mi ciurkiem łzy po policzkach, po tym zachłyśnięciu się . Odpowiedziałam Ewie. –Nie, nic się nie stało, to tylko nadmiar bąbelek w mojej Cocacoli. Za poświęcone mi co tydzień chwile razem ze mną pragnęłam Ewie odwdzięczyć się w jakiś sposób, zrewanżować choć jeszcze nie wiedziałam jak? Będąc u mnie coraz bardziej narzekała, że nie układa się jej w ogóle z koleżankami, przyjaciółmi. Mówiła nieraz do mnie: -wiesz zupełnie nie mam szczęścia do zawierania prawdziwej i szczerej przyjaźni, pozyskania sobie przyjaciółki od serca. Nie wiedziałam w czym tkwiło sedno prawdy? Co było powodem problemu Ewy? Postanowiłam, że postaram się zostać dla swojej wolontariuszki taką koleżanką od serca, jakiej właśnie pragnie. Będę Ewie pomagać przyjacielską radą, w razie potrzeby, jak mnie o to zawsze sama poprosi. Nareszcie rodzicom udało się w połowie wakacji sprzedać nasze lokum na 2 piętrze. Byłam ogromnie z tego powodu bardzo szczęśliwa, gdyż całą wiosnę i lato nie wyjeżdżaliśmy z domu nigdzie np. nad jezioro Grabniak. To przeważnie ja pilnowałam telefonów od kupców i odbierałam je. Mama z tatą znaleźli w wymarzonym miejscu nowe mieszkanko dla nas trojga, chociaż było ono bardzo zaniedbane i zdewastowane przez studentów na stancji. Wymagało ono od postaw generalnego i natychmiastowego remontu przed samą przeprowadzką. Nowi właściciele naszego poprzedniego mieszkania zaraz po spisie aktu własności i po wypłaceniu pieniędzy moim rodzicom przy notariuszce, gdy tylko oni wrócili do domu zadzwonili i zażądali byśmy natychmiast w ciągu 24 godzin wyprowadzili się całkiem stamtąd. Niezbędne rzeczy osobiste i sprzęt już dawno był spakowany w tekturowych pudłach. Gorsza sprawa była z meblami, nie było ich gdzie przewieźć, bo w nowym mieszkaniu był rozpoczęty remont: wymiana ze starej na nową całej instalacji elektrycznej, kładzenie gładzi, malowanie, wymiana okien, kładzenie terakoty, glazury, wymiana w łazience hydrauliki. Nie mieliśmy gdzie zamieszkać na czas tymczasowy. Część mebli rodzice jednak na nowe miejsce przewieźli i nakryli szczelnie folią, zaraz po następnym rejencie, kiedy była właścicielka naszego nowego lokum wyraziła na to swoją zgodę, oddając im do niego klucze. Po sąsiedzku ten samotny prawnik, który stołował się na obiadach codziennie u mojej mamy ,zachorował na nowotwór. Ostatnie chwile swojego życia spędzał po szpitalach w Lublinie, następnie w Warszawie aż w końcu nie było nikomu się nim zaopiekować do zbliżającej się coraz bardziej śmierci, więc umieścili go w hospicjum niedaleko stolicy. Daleki kuzyn tego naszego sąsiada, przyniósł do nas klucze od mieszkania za ścianą mojego byłego pokoju i pozwolił nam tam zamieszkać na stacji aż do końca remontu przed naszą przeprowadzką w nowe miejsce. W cudzym domu mój stan zdrowia zaczął się pogarszać, bo było w nim mnóstwo różnych kwiatów doniczkowych, które kwitły i ziemia z doniczek parowała po obfitym podlewaniu. Na dodatek u naszego byłego sąsiada, który za niedługo zmarł, cały pokój jego był od góry do dołu na regałach zawalony książkami o różnorodnej tematyce lektury. Na nich osadzał się kurz, a ja niestety odczuwałam to na swoim zdrowiu, dlatego iż jestem bardzo uczulona. Bogata biblioteka wiedzy nie służyła mi. Przed naszą stancją przerwałam nagle spotykanie się z Ewą. Będąc nie u siebie w domu, czułabym się niezręcznie zapraszając gości, tym bardziej ją. O dziwo udało mi się przekonać swoją wolontariuszkę, żeby podała mi do siebie dokładny adres. U sąsiada był telefon stacjonarny, ale nie chciałam przysparzać za wszelką cenę rodzicom dodatkowych kosztów finansowych za impulsy. Ewa adres napisała mi do siebie bez podania w dalszym ciągu swojego nazwiska. Zapewniając mnie: - bez nazwiska, dokładny adres pocztowy, ale bez problemu dotrze twój list do mnie. O wznowieniu naszych spotkań miałam poinformować ją już po naszej przeprowadzce na nowym miejscu. Coraz bliżej była astronomiczna jesień. Rodzice co dzień kursowali komunikacją miejską, by sprawdzić w trakcie robót majstra z pracownikami. Około 44 m. kw. zajmowało 3 małe pokoje, kuchnia i łazienka. Mama z ojcem postanowili ściany wyburzyć między pierwszymi 2 pokojami i między 3 pokojem a kuchnią po to, by było dla mnie jak najwięcej przestrzeni. Wtenczas zostawałam sama. Owszem mogłam do woli oglądać telewizję, słuchać radia i muzyki z kaset, płyt cd z wieży nieżyjącego sąsiada, ale z czasem zaczęłam coraz bardziej tęsknić za kontaktem bezpośrednim z kimś drugim żywym tak jak ja. W mieszkaniu odczuwało się chłód, nikt z nas trojga nie miał na podorędziu cieplejszej odzieży na jesień i zimę, bo wszystkie rzeczy zimowe mama spakowała wcześniej do pudełek i razem z tatą wywiozła na przechowanie do rodziny na wieś. W mieszkaniu na stancji jak na złość jeszcze kaloryfery zapowietrzyły się na dobre. Nie dość, że wszędzie było pozastawiane i zagracone meblami, przez co nie mogłam się ruszyć, to marznąc szybko przeziębiłam się już na początku września. Mama chodziła do Przychodni Zdrowia po doktorkę raz, drugi ona przychodziła na wizyty domowe. Przepisywała różne lekarstwa przeciw grypie, ale mnie nic nie pomagało, nawet domowe sposoby picie prażonego mleka, z cukrem piwa, jedzenie w dużej ilości miodu, za którym nie przepadam, oraz picie soku malinowego, inhalacje w przegotowanej słonej wodzie. Nos miałam zawalony i płuca flegmą, ale ani nic nie odrywało mi się, ani nie miałam kataru. Z dnia na dzień stan zdrowia mojego pogarszał się. Najbardziej męczył mnie potwornie suchy kaszel, wprost nie dawało mi mówić i wysoka temperatura, na dodatek bardzo nasiliło się u mnie uczulenie na całym moim ciele na tle alergicznym. Po dzisiejszy dzień nie wiem, co spowodowało to, iż przewlekle cierpiałam na nie od marca do listopada tamtego roku. Próbowałam niejednokrotnie wyleczyć się z tego uporczywego uczulenia skórnego, smarując się bez przerwy różnymi maściami kupczymi i robionymi specjalnie dla mnie w aptece, wg. zalecenia lekarza. Maści jedynie na moment łagodziły świąd. Specjaliści- dermatolodzy oglądając mnie, załamywali ręce, czując bezradność. Ścisła dieta z ograniczeniem poszczególnych owoców, warzyw i przypraw do potraw, kosmetyków do codziennej pielęgnacji ciała nic nie wskórały. Pewnej niedzieli bardzo nudziłam się, sięgnęłam po słuchawkę i wykręciłam numer telefonu do Ewy. Odebrała go ode mnie kobieta. – Dzień dobry, jestem Laura Żakowska, czy mogę poprosić do telefonu Ewę? Po przedstawieniu się zapytałam ją. –Mojej córki nie ma w domu wyjechała na 2-tygodniową wycieczkę zagraniczną do Grecji. Odparła Ewy mama. –A kiedy wróci stamtąd? Zapytałam. –Za tydzień mniej więcej. Może mogłabym coś Ewie po powrocie przekazać? Spytała z ciekawością proponując mi. Pech chciał, że i moja wolontariuszka należała do grona alergików, ale wtedy nie miała jeszcze z sobą bardzo podobnych do moich problemów zdrowotnych . Tydzień później oddzwoniła do mnie w poniedziałek. Dawało się wyczuć po głosie Ewy, że jest bardzo szczęśliwa.

-Mama przekazała mi, że dzwoniłaś. Mam ci tyle Lauro do opowiedzenia po powrocie z Grecji! –Tak Ewo zatelefonowałam do ciebie, ale jak sama słyszysz przez telefon, załapałam grypsko, które trzyma mnie. Tydzień temu miałam nadzieję, że mi w ciągu paru dni przejdzie do czasu twojego powrotu do domu, ale niestety strasznie męczy mnie… kaszel. Urwał się nagle mój monolog poprzedzony jego charkotaniem w skrzelach. Może lepiej będzie, jak na razie podarujemy sobie te rozmowy? Nie chcę cię zarazić tą grypą, abyś potem tak samo jak ja bardzo ciężko jej nie przechodziła.

- Pomimo, że jestem tak samo jak ty alergiczką, to w przeciwieństwie do ciebie Lauro mam bardzo dobrą odporność na wirusy. Naprawdę bardzo rzadko choruję na grypę i przeziębienia także bez obawy na pewno tak się szybko od ciebie niczym nie zarażę. Pocieszyła mnie Ewa przez telefon. – No dobrze, ale nie chciałabym ciebie mieć potem na sumieniu w razie czego… Pamiętaj ,że uprzedzałam cię Ewo. -Wiesz tak już przy okazji Lauro przełóżmy może nasze spotkania na środy po południu na godzinę 13:30? Czas zajęć zmienił mi się i nie bardzo pasują mi teraz poniedziałki. – W porządku nie ma problemu, przychodź kiedy tylko chcesz Ewo do mnie. Odrzekłam, idąc jej na kompromis. -W takim razie pojutrze o 13:30?! Spytała Ewa. –Do środy, do popołudnia!!! Cześć!!! Gdy wolontariuszka pojawiła się tym razem ona przeważnie bez przerwy dużo mówiła, ja ze względu na suchy kaszel słuchałam bardzo uważnie. Dziewczyna opowiadała mi o krajobrazie Grecji. Przyniosła ze swojego domu nawet kolorowe fotki z tej wycieczki mi do obejrzenia. Chwaliła się o tym, iż miała okazję by spróbować nurkowania w towarzystwie bardzo przystojnego nurka-instruktora greckiego. Była cała opalona, ogromnie usatysfakcjonowana, pełna pozytywnych emocji. Fryzurę sobie nawet zmieniła. Troszeczkę podcinając końcówki włosów, robiąc przy tym blond pasemka. Następnym razem rozjaśniła je sobie dla odmiany na jasny blond. Jak do tej pory układało się między nami dwiema dość dobrze. Aż tu niespodziewanie, gdy byłyśmy zupełnie same w pokoju, Ewa pierwsza ni stąd ni zowąd poruszyła temat rozmowy ze mną o modelkach. Stojąc przy regale z książkami, próbowała dosięgnąć jedną z nich z górnej półki i wtedy powiedziała: - bardzo chciałabym być jeszcze troszeczkę wyższa, niż jestem. Mogłabym zostać np. wtedy modelką i występować na różnych pokazach mody, tak jak popularne Claudia Schiffer czy Naomi, którym o wiele prościej było zdobyć karierę. Wolałabym mięć również większy rozmiar stóp. Hm. A ty jesteś zadowolona z własnego wyglądu zewnętrznego? Zwróciła się do mnie. -Ja? Ja to co innego, od razu na pierwszy rzut oka widać u mnie pewne niedoskonałości, ale z wiekiem przyzwyczaiłam się do nich i jestem nawet z tego powodu zadowolona. Moja wolontariuszka miała około 170 cm. wzrostu. Całkiem nie złośliwie ze swojej strony, lecz bardziej w przyjacielskiej trosce o Ewy zdrowie, to co mi w danym momencie przyszło na myśl do głowy, postanowiłam się z nią podzielić tym natychmiast. Znałyśmy się już dość dobrze, dlatego byłam przekonana, iż ona nie zrozumie mnie opacznie, jakbym tego nie chciała. Sama przecież nieraz skarżyła się do mnie na bardzo bolesne dolegliwości zwyrodnienia kręgosłupa.- W telewizji bardzo często zdarza mi się oglądać programy medyczne, w których np. wypowiadają się różni specjaliści, a wśród nich również ortopedzi. Z ich ust usłyszałam, że np. ludzie bardzo wysocy w znacznie większym i liczniejszym stopniu od tych niższych są narażeni na różne schorzenia kręgosłupa i kręgów, dlatego muszą bardziej uważać i dbać o siebie w życiu, bo ich predyspozycje do ryzyka bywają zwiększone. Nie chciałam Broń Boże Ewy w ten sposób celowo urazić. To nie w mojej naturze! Dodałam od siebie też jeszcze, iż na pewno bycie osobą wysoką ma sporo plusów, ponieważ wszystko jest się w stanie samemu z góry jak najwyżej dosięgnąć. Natomiast (tak dla porównania), gdy jest się niskim wszędzie się człowiek zmieści, w każdym zakamarku. Pod jednym małym warunkiem, że jest się przy tym bardzo drobnej i szczupłej postury. W Ewę jakby nagle diabeł wstąpił nie wiadomo dlaczego? Mój Boże jak ona wtedy zareagowała?!!! Nigdy przedtem nie widziałam swojej wolontariuszki w tak gwałtownym stanie. –Wytykasz mi mój wygląd zewnętrzny, mówiąc mi to prosto w oczy tak bez ogródek?!!! Dlaczego od razu nie powiedziałaś mi przy pierwszym spotkaniu, że nie jestem w twoim typie, gdyż nie lubisz wysokich i szczupłych dziewczyn?!!! Całą moją wypowiedź „ odwróciła, niczym kota ogonem”. Ewa bardzo cię przepraszam , ja naprawdę nie chciałam sprawić ci najmniejszej przykrości. Bardzo żałuję tego co powiedziałam i obiecuję tobie, że już przenigdy na takie jak dzisiejsze tematy nie będę najlepiej przed tobą zabierać głosu! Niestety w kuchni usłyszeli jak ona wpadła w furię moi rodzice. Mama oczywiście od razu weszła do pokoju, żeby sprawdzić co się dzieje. – Co się tutaj stało?!... Odtąd nie było już tak dobrze między Ewą a mną do końca. Przeprosiłam swoją wolontariuszkę, chociaż nie za bardzo wiedziałam za co. Instynktownie rozmawiając z nią podczas następnych naszych spotkań wyczuwałam z jej strony niechęć do siebie samej, że przyjeżdża do mnie pod przymusem. Widziałam w wyrazie jej twarzy, iż jest wyraźnie moim towarzystwem przemęczona i znudzona. Ewa była coraz częściej w bardzo ponurym nastroju zaskakując mnie również bardzo smutnymi tematami. Nie była z natury optymistką i chyba nie potrafiła ludzi pocieszyć, dodać im otuchy, podtrzymać na duchu w trudnych chwilach. Wręcz przeciwnie miała predyspozycje, aby zdołować jeszcze bardziej mnie przygnębioną wizją własnej przyszłości np.. tego typu pytaniami –Jak sobie Lauro wyobrażasz swoją starość? Miałam dopiero 30 lat. – Raczej staram się o niej za często nie myśleć. Jeżeli zastanawiam się nad własną starością, to widzę ją przeważnie w czarnych barwach. – Czy boisz się śmierci? Jak sobie wyobrażasz ją w twoim życiu? Ponowiła moja wolontariuszka tok pytań. -Każdy się chyba bardzo boi śmierci, to chyba naturalne? Z tym wyjątkiem, że umierając cierpi się ogromnie albo nie, ewentualnie jeśli jest to wielkie bolesne cierpienie, to trwa krótko. Najgorsza jest systematyczna i długa śmierć, takiej najbardziej obawiałabym się. Wypowiadając słowo po słowie, w głębi duszy wszystko starałam się dokładnie przemyśleć pod kontrolą, by znów przypadkiem nie nadepnąć na odcisk swojej rozmówczyni. –Tak w ogóle oprócz mnie nikt nie odwiedza cię z młodzieży? Spytała mnie Ewa. –A jak myślisz, po co pisałabym do Centrum Wolontariatu, gdybym spotykała się jeszcze z kimś? Ewa patrząc przed siebie, mówiła dalej, jakby sama do siebie: - zgłosiłam się do ciebie Lauro, bo byłam przekonana, że masz dużo przyjaciół i spotykasz się często z chłopcami na randkach. Myślałam, iż dzięki temu uda się i mi poznać kogoś odpowiedniego dla siebie z mężczyzn tego jednego, jedynego. Gdyby tak było, jak ona się spodziewała i była o tym przekonana, to wówczas nie czułabym się zmuszona do tego, żeby prosić Centrum Wolontariatu o przychodzenie jej do mnie raz w tygodniu po to tylko, aby potowarzyszyła mi i pogawędziła ze mną, pisząc list z prośbą o to do niego. Ewa najzwyczajniej szukała dobrej okazji do rychłego za mąż pójścia, zgłaszając się Dorocie dla mnie na wolontariuszkę. –Bardzo mi przykro, iż rozczarowałaś się pod tym względem. Odparłam jej. Coraz częściej szukała świadomie dobrej okazji do kolejnej kłótni ze mną. Raz dość dosadnie powiedziała mi: - widzę, że ja tobie w ogóle nie byłam i nie jestem potrzebna. Właściwie to zabierasz mi ten drogocenny czas, który bardziej przydałby się dla innych ludzi w gorszej sytuacji życiowej od twojej. Jak się później zorientowałam Ewa była z natury materialistką. Ona nie przyszła bezinteresownie z własnej, nieprzymuszonej woli do Centrum Wolontariatu po to, by pomagać, wspierać słabszych od samej siebie. Najlepiej odpowiadałoby jej przychodzenie np. do staruszki z bardzo zasobną rentą, lub emeryturą, która by mojej wolontariuszce za każdą przysługę zrobioną przez nią w jej domu bardzo sowicie płaciła. U mnie nie miała żadnych korzyści finansowych i nieraz bardzo uskarżała się na to, ile to pieniędzy musi wydawać z własnej kieszeni na bilety, aby do mnie przyjechać raz na tydzień. Czy tak postępuje prawdziwy wolontariusz z powołania? Chyba nie? Nieraz aż mnie język świerzbił powiedzieć Ewie wprost szczerze to, co mi ślina na język przyniosła: - słuchaj ty pomyliłaś się z pewnością z zawodem, dlatego iż w swoim przypadku powinnaś Ewo zatrudnić się w Miejskim Ośrodku Pomocy Rodzinie w charakterze opiekunki społecznej zamiast uczestniczenia w tym nieszczęsnym wolontariacie, ale z drugiej strony, nie chciałam sprowokować jej do wyżywania się jej nade mną. W przypadku gdzie trzeba zaopiekować się kimś obłożnie chorym ,posprzątać jemu mieszkanie, poprać, ugotować. To jeszcze ty mogłabyś innym pomagać, ( wspierając ich) bardziej potrzebującym od ciebie tej pomocy. Dodała jeszcze. Chciała chyba po raz pierwszy wzbudzić we mnie wielkie wyrzuty sumienia? Abym jej uwagami na ten temat zadręczała się na śmierć przez 24 godziny na dobę? Nie zaprzeczyłam niczemu. Po zastanowieniu się doszłam do wniosku, że tym razem Ewa może mieć rację w tym co mi powiedziała. –Skoro tak mówisz Ewo, to może najlepiej będzie jak sama zgłosisz się np. jutro do Centrum Wolontariatu i osobiście poprosisz o zmianę podopiecznego dla siebie? Sama nieraz wspominałaś mi o tym, że wolałabyś przychodzić do chłopca? Więc masz ku temu nadarzającą się okazję. Zaproponowałam wolontariuszce bardzo delikatnie ze swojej strony.

-Nie, nie zgłoszę się sama z prośbą do wolontariatu po to, by wysłali mnie do innej osoby. Jaki ja powód podam Dorocie? Nie zgodziła się na to, kręcąc głową moja wolontariuszka. –Ewo jak ja przez telefon powiem jej np., iż nie zgadzamy się z sobą z powodu odmiennych naszych charakterów , wtedy zyskam tym bardziej w tobie wroga wobec siebie . Wolałabym tego uniknąć. W końcu skończyło się na tym, że ani ja nie zadzwoniłam w tej sprawie do Doroty, ani ona nie przyznała się szczerze do niej, do kogo naprawdę wolałaby przychodzić na moim miejscu. Ciągnęłyśmy to „ wywiązywanie się z wolontariatu” Ewy u mnie, nieco bardziej na chama, chociaż idąc na ustępstwo ponownie jej zaproponowałam:- Ewa jak męczą cię spotkania ze mną, to nie musisz do mnie w dalszym ciągu przyjeżdżać. W Centrum Wolontariatu nie musisz się przyznawać do tego komukolwiek, że nie będziesz przychodzić do mnie. Nikt o tym również ode mnie się nie dowie, możesz być spokojna. Zapewniłam ją. Ewa jednak nie chciała skorzystać z moich rad, dzięki którym nie doszłoby później do bardzo wielu nieprzyjemnych rzeczy w naszym koleżeństwie. Ona nadal drążyła temat ze mną w taki sposób, żeby jak najbardziej uprzykrzyć mi z sobą spędzone sekundy, minuty, godziny, które dłużyły mi się w nieskończoność. – Wiesz Lauro ja osobiście czuję się najlepiej w towarzystwie męskim, niczym ryba w wodzie. Z chłopcami znajduję w mig mnóstwo wspólnych zainteresowań i tematów do wspólnych rozmów, nawiązuję szybciej z nimi kontakt niż z dziewczynami. Nasza płeć to tylko lubi plotkować i ciuchami się zachwycać. Przykro było mi z tego powodu, co usłyszałam z jej ust, ale starałam się nie pokazać tego smutku swojej wolontariuszce. Gdyby ona go dostrzegła na mojej twarzy, na pewno wtedy poczułaby się ogromnie usatysfakcjonowana ? – Ja cię Ewo również zanudzam? W tym momencie jakby wolontariuszka ugryzła się nagle w język. –Ty jesteś osobą niepełnosprawną, więc to trochę inaczej wygląda. W twoim przypadku skazana zostałam na dostosowanie się do twojego siedzącego trybu życia. Czasami po odejściu jej, czułam się tak potwornie wyczerpana psychicznie i fizycznie, że padałam jak mucha. Nic mi się nie chciało! Moja mama dobrze wiedziała co się dzieje nie dobrego między nami obiema, jak też świetnie orientowała się, gdzie tkwi cały szkopuł. Nie raz doradzała mi: - Lauro zadzwoń proszę do Doroty i porozmawiaj z nią o Ewie, o tym jak coraz trudniej układa się między wami.-Nie mogę mamo tego uczynić, poznałaś chyba już dość dobrze Ewę? Ona coraz bardziej zdradza pewne symptomy mściwości, zawiści i sarkazmu wobec mnie. Jeżeli zrobiłabym to jeszcze bardziej nasiliłoby się to ze strony Ewy. Mniej więcej wiem na co i na ile byłoby ją stać, by mi dokopać. Potrafi iść po trupach, a do celu. Postanowiłam dać Ewie jeszcze jedną, być może ostatnią z wielu ze swojej strony szansę do poprawy stosunków między nami. Wolontariuszka niestety w przeciwieństwie do mnie w ogóle nie dostrzegała niczego, wcale nie starała się pracować nad sobą, aby swoje słabe strony charakteru skorygować, skupiając bardziej szczególną swą uwagę np. na swoich zaletach, by je nieco uwydatnić. Przy kolejnym spotkaniu z wolontariuszką, jak się potem okazało znowu doszło do bardzo nieprzyjemnej sytuacji, która na długo popsuła atmosferę w naszym zastępczym lokum. W rozmowie ze mną przy, której była także obecna moja matka, Ewa jakby z pewną dozą złośliwości w głosie powiedziała do mnie, ale to dotyczyło również moich rodziców. - Narzekasz ciągle na to i owo, posiadając już prawie bardzo dobrze urządzone i przystosowane do swojej niepełnosprawności nowe mieszkanie własnościowe, ( którego nie zdążyłam ani ja, ani ona ujrzeć jeszcze na własne oczy), masz sprzęt najlepszej jakości, natomiast tu w mieście dużo ludzi nie ma własnego dachu nad głową, nie ma w co się ubrać i co do ust włożyć. Ewa mówiła to z takim tonem głosu wzniosłym, wręcz rozkazującym jakby chciała po raz kolejny wzbudzić we mnie wyrzuty sumienia i u mojej mamy. Nie wzięła tego w ogóle pod uwagę, że moi rodzice na takie warunki bytowe tu w mieście byli zmuszeni przepracować przez bardzo wiele długich lat na wsi, w gospodarstwie rolnym. Sprzęt np. nie musowo być bogatym, aby go móc kupić za gotówkę. Wieżę, komputer ojciec z mamą przecież kupili mi na raty. Nic im jak „manna” z nieba nie spadło, nic im nikt niczego w prezencie na talerzu nie podał. Ja i mama spojrzałyśmy tylko na siebie znacząco wzajemnie. Przemilczałyśmy to w jaki sposób Ewa się wypowiedziała przed nami i zachowała się wobec nas. Nie chciałyśmy prowokować jej do kolejnej sprzeczki. Mama nie wytrzymawszy nerwowo po prostu wyszła zaraz do kuchni. Musiała inaczej jak ją znam mogłaby nagle wybuchnąć i wykrzyczeć mojej wolontariuszce prosto w twarz, co tak naprawdę o niej samej myśli... Samopoczucie u mnie nie polepszało się, wręcz przeciwnie było coraz gorzej ze mną. Do tego stopnia, iż kasłając gwałtownie, miewałam obfite krwotoki z nosa. Zaniepokoiło to moich bliskich i mama ponownie wezwała do mnie lekarkę, która po zbadaniu i dokładnym obsłuchaniu mojej klatki piersiowej i pleców, stwierdziła u mnie, że z zapalenia oskrzeli zrobiło się zapalenie płuc. Na mojej karcie zdrowia wyraźnie było wypisane grubym i czerwonym flamastrem, że nie tylko jestem uczulona na Penicylinę, ale i na inne antybiotyki. Najgorsze było to, że nie można było mnie zbytnio czym wyleczyć. Pani doktor z Przychodni Zdrowia jednak nie zwróciła chyba na to szczególnej uwagi. Przepisała mi 2 antybiotyki na receptę i zaraz po przeprowadzce do nowego mieszkania, kazała mi je zażywać. Tego samego dnia 27 września 2003 r. bardzo nalegałam, by rodzice przywieźli mnie do mojego nowego pokoju. U nas od dawna kaloryfery ogrzewały całe pomieszczenie. Było ciepło jak w bajce, potrzebowałam położyć się natychmiast do własnego łózia i wygrzać się. Gdy przyjechałam na miejsce, w moim pokoju wszystko było na samym środku mojego pokoju. Pudła ze sprzętem komputerowym i audio stały z szufladami pełnymi kaset magnetofonowych i płyt cd., oraz inne szpargały. Wypiłam szybko zalecone mi przez doktorkę dopiero co nowe leki, po czym zabrałam się za uporządkowywanie swoich rzeczy w biurku. Po pewnym czasie poczułam, iż antybiotyki zaczynają działać, ale zamiast mi się polepszyć, zaczęło mi się bardzo słabo robić. Wzbierało mnie na wymioty, chociaż nie wymiotowałam, miałam mroczki przed oczami, wprost zaczynałam tracić przytomność. Mama bezzwłocznie kazała mi iść do łóżka, na zegarze była godzina 23:30. Kiedy leżałam na swoim tapczanie w pozycji horyzontalnej robiło mi się jeszcze gorzej przed 2-gą nad ranem wezwano do mnie karetkę pogotowia. Lekarz po przejrzeniu wszystkich moich lekarstw od Alergii i antybiotyków, oraz po przebadaniu mnie, bardzo zdenerwował się na mój widok. –Co za sukinsyn pani córce to przepisał?!!! Pani doktor proszę pana. Odpowiedziała jemu na to pytanie moja mama. Proszę od razu to wywalić do śmieci!!! Po czym zrobił mi domięśniowy zastrzyk i odchodząc przekazał rodzicom, że jakby coś się ze mną działo, to niech natychmiast dzwonią ponownie na pogotowie. Po zastrzyku usnęłam, przestało mnie mdlić i robić mi się bardzo słabo, ale rano przebudziłam się z zawrotami głowy. Moja łepetyna była jak ołów bardzo ciężka. Nie miałam dosłownie siły łyżki podnieść z jedzeniem do ust, tak mnie ta choroba wyczerpała. W łóżku przeleżałam przykryta kołdrą aż od stóp po brodę 3 dni. Mama ledwie wyrabiała się z praniem koszul nocnych moich i pościelą, odwirowując ją. Kiedy temperatura mojego ciała ustabilizowała się i wróciłam troszeczkę do sił, postanowiłam ubrać się bardzo ciepło i wstać z łóżka. Kości bolały mnie od tego ciągłego wylegiwania się. Pomyślałam najwyższy czas zadzwonić do Ewy i uprzedzić ją, że na stancji już mnie nie ma, by przypadkiem tam do sąsiada mieszkania nie wybierała się do mnie. Co prawda ona znała mój nowy adres i miała nowy numer telefonu ode mnie. Uczulenie, które samo się wiosną pojawiło, zauważyłam iż stopniowo zanika na mojej skórze, tak jakby samoistnie. Wykręciłam numer do wolontariuszki. Było rano godzina 9-ta na zegarze. Odebrała go jej matka. –Dzień dobry, zastałam w domu Ewę? – Tak. Usłyszałam odpowiedź. –Czy może podejść do telefonu? Spytałam. – Nie, przykro mi, ale Ewa jest bardzo chora i leży w łóżku, a właściwie w tej chwili śpi. Wolałabym jej teraz nie budzić. –Bardzo mi przykro, że się zaraziła ode mnie grypą. Przestrzegałam ją przed tym. -Czy to coś pilnego pani Lauro? –Nie nic pilnego, chciałam tylko Ewie przekazać, że jestem z rodzicami już po przeprowadzce i proszę córce ode mnie życzyć szybkiego powrotu do zdrowia. Panią również serdecznie pozdrawiam. Dodałam. Jak wydobrzeje Ewa, to może do mnie oddzwonić, jeśli oczywiście zechce. Przekazałam tej kobiecie przez telefon. Podczas tej krótkiej rozmowy naszej przez słuchawkę wyczułam z jej strony ,jakby ironię wobec siebie w jej głosie, ale ona nie chciała mi powiedzieć o co konkretnie chodziło. Po tygodniu zadzwonił mój telefon. Była to Ewa, zła jak diabli jak zwykle na mnie. – Ty brudasie!!! Twoi rodzice to również banda brudasów!!! Ty flejtuchu!!! Jeszcze śmiesz do mnie dzwonić i rozmawiać z moją mamą?! Czy ty zdajesz sobie sprawę na jakie koszta finansowe naraziłaś mnie i wstyd?! Odkąd zachorowałam na Alergię, moja mama w domu utrzymuje ściśle sterylną czystość w całym domu. Nie ma prawa być najmniejszego kurzu, brudu. Kwiatów doniczkowych ( ani żadnych zwierząt!) musiała się pozbyć ,oddając je wszystkie do Przychodni Zdrowia, w której pracowała. Odkąd sięgam pamięcią zawsze była i jest kobietą bardzo czystą, która lubi ład i porządek. Ja tym bardziej codziennie dbam o swoją higienę osobistą. Wystarczy, że lekko się spocę, a już muszę iść pod prysznic, bo jestem uczulona nawet na własny pot. A ona mi z takim testem przez telefon?! Załapałam jakieś obrzydliwe paskudztwo!!! Wiesz ile ja przez Ciebie na leki i maści w aptece już wydałam pieniędzy?!!! –O co ci chodzi?!!! Krzyknęłam. Nie dość, że mi naubliżałaś, to jeszcze czepiasz się nie wiadomo o co moich najbliższych!!! Wiesz co Ewa tym razem grubo przegięłaś. –Co?! Ewo posłuchaj proszę u mnie było kilku dermatologów na wizycie domowej, ale każdy z nich wykluczył na sto procent , żebym była zarażona tym. Przecież byłaś za granicą, nurkowałaś w cudzym, używanym kombinezonie płetwonurka. Ja oprócz kontaktu w dotyku z tobą, nie mam i nie miałam z nikim innym przedtem do czynienia!!! Oburzyłam się. To fakt w międzyczasie, przychodząc do mnie spotykała się w świetlicy z dziećmi w wieku szkolnym. Od dzieciaków w zerówce i podstawówce można się właśnie zarazić świerzbu, wszawicy itp. Co jest normalne, a ona pochopnie od razu mnie o to posądziła pierwszą, lepszą mnie niczemu niewinną. Nie chciała wcale wysłuchać moich argumentów na ten temat. Czułam w głębi serca żal do tej dziewczyny, że w taki sposób mnie traktuje. Ogromnie żałując przy tym, iż dałam namówić się na ten kontakt z wolontariatem. W pewnym momencie rozpłakałam się przy telefonie. Nadal na mnie przez słuchawkę wrzeszczała jak oszalała. –Teraz to mnie z domu wołami nie wyciągniesz, słyszysz?! Całe Centrum Wolontariatu nie zmusi mnie do tego, abym przychodziła do ciebie Lauro!!! -Wcale nie miałam zamiaru i nie mam nadal nigdy więcej ciebie do niczego przymuszać ze swojej strony. Najlepiej nie chcę mieć nic wspólnego z tobą!!! Po tych ostatnich słowach, odłożyłam słuchawkę. Mimo wszystko nie dawał mi ten incydent spokoju. Wykręciłam numer telefonu do Centrum Wolontariatu. Odebrała jakaś inna dziewczyna, więc poprosiłam Dorotę do telefonu. Nie chciałam od razu dać wyczuć jej na odległość, że między mną a Ewą coś nie gra oraz to, że z nami definitywny koniec! – Gołębiowska Dorota, słucham? - Cześć Dorotko! To ja Laura. -Co u ciebie?- Mieszkam już na nowym miejscu. Odpowiedziałam. –Jak się czujesz? Spytała mnie Dorota. –Obecnie już znacznie lepiej, ale chorowałam na zapalenie płuc. Odrzekam jej. –Dorotko czy była w wolontariacie Ewa? Dziewczyna słysząc o co się dopytuję, nagle zamilkła nie wiedząc co mi na to odrzec. -Dorotko możesz śmiało mi się przyznać. Ode mnie nic się nikt nie dowie, tym bardziej Ewa. Zapewniłam dziewczynę. Po namyśle odezwała się do mnie. Ewa była u nas wczoraj. –Rozmawiała z tobą na mój temat? Powiedz proszę szczerze, czy w wolontariacie naplotła coś o mnie ohydnego? Zapytałam. W słuchawce zapanowało znowu głuche milczenie, które dobrze dla mnie nie wróżyło. –Milczysz Dorotko, bo Ewa wczoraj rozbębniła po całym wolontariacie, jak to ja naraziłam ją na koszta finansowe, że ona biedna rozchorowała się przeze mnie?... -No cóż nie wiem co tam między wami zaszło i nie wnikam w to, ale jest mi przykro, że tak to się zakończyło. –Mało tego, że niesłusznie wczoraj obniosła mnie w całym Centrum Wolontariatu, to przed chwilą jeszcze zadzwoniła do mnie i wyzwała od brudasów i flejtuchów, jak i moich rodziców. Dorocie aż odebrało mowę na sam fakt o tym. -Bardzo przepraszam Cię Lauro. –No powiedz sama czy to jest normalne, żeby przychodząc co tydzień do mnie wolontariuszka do końca ukrywała przede mną np. swoje personalia? To tak jakbym złodzieja pod swój dach przyjmowała! Dorota tylko głową pokręciła. Podaj mi swój nowy, dokładny adres zamieszkania i numer telefonu, to dzięki temu postaram się poszukać tobie kogoś innego wśród wolontariuszy. –Nie, nie po tym wszystkim co teraz zaszło, będzie lepiej jak na pewien czas dam sobie z tym spokój. Nie chciałabym popaść zaraz w następny konflikt z drugą osobą z wolontariatu. Muszę najpierw dość do siebie. Bardzo dziękuję ci Dorotko za zaproponowanie mi innej wolontariuszki. –W takim razie z mojej strony ta propozycja dla ciebie będzie zawsze aktualna. Masz do nas numer telefonu, adres w razie potrzeby pisz albo dzwoń, kiedy chcesz. Tak naprawdę bardzo zraziłam się do wolontariatu i z góry wiedziałam, iż z tym koniec będzie. Do dzisiaj mam dane do Centrum Wolontariatu lubelskiego, ale nie śmiem się odezwać ponownie do kogokolwiek stamtąd, brakuje mi odwagi również do nawiązania nowej znajomości z kimś innym z wolontariuszy. Nie chciałabym, aby historia znów mi się powtórzyła.


 

 
Dzisiaj stronę odwiedziło już 30 odwiedzający (48 wejścia) tutaj!

bądź moim tul (i) panem...♥
zostań i bądź
moim tulipanem
a ja będę ci
różą bez kolców

tylko moim bądź
tego pragnę
przytul mnie
mocno do siebie

niech nie będzie
mi tak zimno dłużej
to nie ujemna temperatura
a samotność tak oziębła

całą mnie oblewa
bezgraniczny strach,
że zostanę znów
samotną bez ciebie


nie chcę być
przez całe życie
jeżem z kolcami
bez przerwy się bronię

zostań i bądź
moim tulipanem
rozgrzej serce
do czerwoności

niech będzie ono
koloru płatków róży i tulipana
bardzo gorące i pąsowe
nawet jeśli zadrżę

nie przejmuj się tym
to tylko chwilowy dreszcz
to będzie znak
że otrzymałam szansę

na wyzwolenie się
spod więzów oporu
przełamując w oczach
pogrążenie w strachu i rozpaczy
które były kajdankami
dla mnie od dawien dawna


wykorzystywane i powielane bez zgody autora- assandi .
(Dz.U. 1994 nr 24 poz. 83 z późn. zm.)







Ta strona internetowa została utworzona bezpłatnie pod adresem Stronygratis.pl. Czy chcesz też mieć własną stronę internetową?
Darmowa rejestracja